Słowo na niedzielę: Pascal Quignard

niedziela, 8 stycznia 2017 | Komentarze: 0

Przesłanka XVII. Epikur powiadał, że kiedy życie spotyka się samo z sobą, to wtedy wydaje z siebie euforyczny dźwięk równie tajemniczy i prosty jak bezchmurne niebo.
Somadeva dzielił ludzi na dwie grupy: odzianych na biało i odzianych w przestrzeń. Uważał, że ludzie nadzy utrzymywali łączność ze wszechświatem. Ludzie odziani starali się przed nim ukryć i wszechświat się od nich oddalał.
Przesłona na piersi jest chmurą na słońcu.

Pascal Quignard, Życie sekretne, przeł. K. Rutkowski, Vesper, Poznań 2006, s. 254.

Na dzień dobry chce się powiedzieć do widzenia

sobota, 29 października 2016 | Komentarze: 0

Kiedy Jacek Podsiadło pisze wiersz, dwie piąte jego twarzy uśmiecha się, a trzy piąte rozmyśla. Przynajmniej do takiego właśnie rodzaju paraliżu twórczego przyznaje się bohater wydanej przez Podsiadłę pod koniec ubiegłego roku „wywrotowej” prozy pt. Życie zawłaszcza śmierć w Wieprzowie Ordynackim, najwyraźniej będący alter ego poety. Podobny paraliż, nazwijmy go odbiorczym, towarzyszy mi po przeczytaniu tomiku Przez sen, docenionego między innymi przez kapitułę Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. I choć „nie zatrzymamy świata / w jego biegu przygłupa”, jak pisze Podsiadło w jednym z wierszy, to warto przystanąć i pochylić nad tą poezją, która jest dla mnie trochę jak wchodzenie do wody, z każdym utworem chłód ustępuje przyjemności lektury, aż porywa nas pełen aliteracji wartki nurt języka opowiadający o upływającym niepostrzeżenie życiu. Jak w wierszu „Krzyże”, który wybrałem do niniejszego cyklu.


Krzyże

Od morza wietrzysko. Wśród sosen na piachu
papierosa zapalam sobie gdzieś pod pachą.
Czegóż nie ma w tym swetrze — powietrze Dorpatu,
dym ognisk, pot, zapach rozlanej herbaty,
strzęp rzepa, igliwie… Jest to mój i całun,
i sutanna: wonna, brudna, bliska ciału.
Od Kodavere taszczę krzyż z cmentarnego śmietnika,
strzeże mnie od przygody, kłamliwego języka
i pioruna zwątpienia. Chcę zawieźć go do domu,
może będę się modlił. Ale po kryjomu.
Przegrałem trzy czwarte życia. Lecz to w czwartej ćwierci
każdy z nas zapisuje brulion własnej śmierci.
Starość jest dobra, gra wreszcie zaczyna iść o wszystko,
gotowe jest już ostrze i miejsce na nazwisko.
Grabarz napluje w dłonie przed i po pogrzebie.
Ferdinand August Konsik czeka na mnie „w niebie”.

Robert Rutkowski: Ubiegły rok przyniósł ci dwie znaczące nagrody: Silesiusa za całokształt twórczości i, ex-aequo z Romanem Honetem, nagrodę im. Szymborskiej. Czy dla poety o tak ugruntowanej pozycji w literaturze jak twoja takie wyróżnienia mają jeszcze jakieś znaczenie, czy raczej nie przywiązujesz do nich już wagi?

Jacek Podsiadło: Dopiero zaczynam do nich przywiązywać wagę. Dlatego poprawka: w ubiegłym roku dostałem trzy znaczące nagrody, a tą najbardziej dla mnie znaczącą, choć nie aż tak obciążającą kiesę, był lubelski Kamień. Wydaje mi się, że między innymi to właśnie nagrody „ugruntowują pozycję”, przynajmniej tak długo, jak długo w ich kapitułach i gronach jurorskich zasiadają znawcy literatury, a nie celebryci. Ale lepiej mi było mieć lekki stosunek do tych spraw. Popełniłem błąd w 2012 roku, kiedy sam wydałem swój tomik Pod światło i sam go rozsyłałem organizatorom tych wszystkich nagród. Siłą rzeczy zainteresowałem się.

R.R.: Jak odbierało ci się Silesiusa w towarzystwie Marcina Sendeckiego (laureata nagrody w kategorii „książka roku” za tomik Przedmiar robót — przyp. R.R.), o wierszach którego na łamach „Tygodnika Powszechnego” pisałeś swego czasu: „bełkot, choć może uroczy albo i »przezabawny«, pozostaje bełkotem”?

J.P.: Wydaje mi się, że zadałeś mi już kiedyś to pytanie podczas spotkania autorskiego. Obsesja? Uroczystą galę wręczania nagród transmitowała telewizja i każdy mógł zobaczyć, jak mi się odbierało. Ręce mi się trzęsły nie z nienawiści do Marcina, tylko ze zwykłej ludzkiej chciwości. A jeśli nawet noszę w sercu bolesną urazę do niego, to nie jest ona związana z wierszami, tylko z cenzurowaniem przez redaktora Sendeckiego mojego opowiadanka w „Przekroju”.

R.R.: To prawda, pytałem o to podczas twojego pobytu w Łodzi, ale bardziej zakulisowo. Nie obsesyjnie, a ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Poza tym wiadomo nie od dziś, że telewizja kłamie. A serio, wydaje mi się, że ten dawny spór z mniejszym lub większym natężeniem daje o sobie znać i dziś, zmieniają się tylko aktorzy. Mnie zdecydowanie bliżej do „jasnej strony mocy”, a więc poezji komunikatu. Z kolei tak ostatnio modne wśród młodszych roczników „pisanie intuicyjne” można sprowadzić na dobrą sprawę wyłącznie do dobrej woli interpretującego, który odpowiednio dobierając argumenty może taki tekst uznać za arcydzieło lub poetycką wydmuszkę — może i ładną na zewnątrz, ale pustą w środku. Taki relatywizm jest dość niepokojący i chyba nawet po części niebezpieczny. Sam zresztą nie tak dawno powiedziałeś, że wartość poezji trudno zmierzyć i każdemu dobremu poecie można przyznać nagrodę i żadnemu też ona się nie należy. Czytasz w ogóle tzw. „młodą poezję”, starasz się być na bieżąco? Masz poetów, z którymi najbardziej ci po drodze?

J.P.: Praktycznie nie czytam autorów młodszych ode mnie. Nie żyję też ich sprawami, np. o pisaniu intuicyjnym pierwszy raz słyszę. Znaczy się, użytym do zakreślenia jakiegoś kręgu czy określenia trendu, bo w ogóle to cała poezja jest w mniejszym czy większym stopniu intuicyjna, może z wyjątkiem jakichś skrajnych prób jej „regulacji”. Dlatego nigdy nie zostanie stworzony komputer, który by pisał wiersze, choć np. w szachach okazał się lepszy od człowieka. W szachach jest ogromna, ale skończona ilość kombinacji, w poezji jest ich nieskończenie wiele. Natomiast można by oczywiście stworzyć maszynę do produkcji wydmuszek, o ile pamiętam, Eco opisał taką dość dokładnie w Wyspie dnia poprzedniego. Korzystając z okazji, że mówię, zwracam się do młodych poetów z ostrzeżeniem. Uważajcie z tą poezją intuicyjną. Przyklei się do was jak do mojego pokolenia o’haryzm i będziecie potem płakać całymi dekadami. Może lepiej weźcie się, w opozycji do wydmuszek, do Poezji Prawdziwych Jaj? Jeśli termin się przyjmie, honorarium proszę przelać na moje konto bez wystawiania rachunku.

R.R.: Przez sen to zbiór wierszy mierzący się z rzeczywistością w sposób bardzo podobny do tego, w jaki robił to tomik Pod światło. W obu tych książkach coraz wyraźniej wybrzmiewa nieufność wobec języka, który dotąd posłusznie ci służył. Życiopisanie okazuje się w pewnym momencie jedynie interpretacją rzeczywistości, a nie jej wiernym odwzorowaniem. „Słowo jest snem, a nie ciałem / Wędrowałem, wędrowałem” pisałeś w Pod światło. Tytuł Przez sen można potraktować jako dalszą wędrówkę przez słowa-sny właśnie, gdzie „jest ogromna ilość rzeczy, których nie ma”, a „pług ojczystej mowy” jest chwiejny. Nadinterpretuję?

J.P.: Nie wiem. Wydaje mi się, że można wszystko. „Życiopisanie” jest jeszcze gorsze od o’haryzmu, tak bardzo nie cierpię tego terminu, że już w latach dziewięćdziesiątych przerobiłem go na „rzycią pisanie”. Osobiście nigdy nie pisałem rzycią i na wiernym odwzorowywaniu rzeczywistości zależało mi tylko kiedy robiłem zdjęcia, a i to nie zawsze. Toż nawet hiperrealistyczna literatura Kapuścińskiego nie polegała na tej wierności, jak to wykazał pośmiertny „risercz”.

R.R.: Nie obawiasz się, że jeżeli istotnie „można wszystko”, to ktoś może posłużyć się twoim wierszem wbrew tobie, na przykład przypisując mu treści, z którymi, dajmy na to, zupełnie się nie utożsamiasz czy wręcz całkowicie nie zgadzasz? Czy może po napisaniu wiersze przestają być już tylko twoje i wtedy rzeczywiście „można wszystko” i nie ma już znaczenia, co kto z nimi robi?

J.P.: Są co najmniej dwa rodzaje „ktosiów”. Często nawiązuję do tego podczas  tzw. spotkań autorskich, zwłaszcza w szkołach powtarzam, że poezja to specyficzny język, język dla wybranych. Staram się upraszczać i nie mówię już, że w obrębie tego języka jest wiele specyficznych, bardzo odrębnych dialektów. 99 % Polaków nie rozumie poezji i jest to tak samo naturalne jak to, że 99 % Polaków nie rozumie węgierskiego. Z jakichś powodów jednak uznano, że nie musimy rozumieć mowy węgierskiej, a norwidowską musimy. To powoduje hodowlę czytelniczych trzód, w szkołach i na uniwersytetach, rzecz jasna, które to trzody czytają wiersze z nastawieniem „co pan Węgier chciał powiedzieć”. Taki czytelnik — ewentualnie czytelnik czepialski, czytający wiersze tak jak się czyta polityczne newsy, bywają i tacy — może przypisywać moim wierszom treści, których w nich nie ma. Ale to mi wisi tak samo jak fakt, że być może słowo „bocian” oznacza po węgiersku kopalnię soli. Pisząc, zwracam się do innego czytelnika, który posługuje się podobnym językiem co ja, który jest z mojego środowiska językowego, kuma moją bazę. Który nie interpretuje, bo samo mu się interpretuje, i nie „dobiera argumentów”, bo czytanie to proces poznawczy, nie sądowy. I to taki czytelnik, który swoją lekturą raczej dopisuje, niż doszukuje się, „może wszystko”. Muszę się zgodzić, a nawet wziąć odpowiedzialność za wszystkie skojarzenia, jakie zrodzą się w jego wyobraźni. Muszę je do pewnego stopnia przewidzieć, wykazać się wspomnianą intuicją. Oczywiście wszystkich nie przewidzę, bo dobry wiersz jest zawsze formą otwartą, partią szachów, która nie ma końca. Ale nie przestaje być mój, nie będąc już „tylko moim”.

R.R.: Coraz częściej w twojej twórczości wybrzmiewa — celowo natrętnie posługuję się tym słowem, bo wydaje mi się, że idealnie pasuje do twoich wierszy — również motyw rozliczania się z przeszłością, patrzenia za siebie i poczucia rychłego kresu. Rzadko dochodzisz do optymistycznych wniosków. Doskonale widać to w wierszu „Krzyże”, który wybrałem do niniejszego cyklu. Piszesz „Przegrałem trzy czwarte życia”. Naprawdę aż tak czarno patrzysz na swoje życie, czy to może zwyczajny kryzys wieku średniego?

J.P.: Kryzys wieku średniego mam już dawno za sobą. Na życie można patrzeć tak i siak. Inaczej niż w teleturnieju, w wierszu „przegrałem” zawsze brzmi lepiej, niż „wygrałem”.

R.R.: Skoro tak, to czy rzeczywiście „starość jest dobra”?

J.P.: No wiesz… Gra wreszcie zaczyna iść o wszystko. A ja lubię grać va banque.

R.R.: Pamiętasz okoliczności powstania tego wiersza?

J.P.: Pamiętam bardzo dobrze. Od morza wiało. Jarałem szluga. A piździło tak, że jak go zapalałem, to zapalniczkę musiałem sobie wsadzać gdzieś pod pachę, jak termometr. Miałem na sobie taki stary, granatowy sweter, trochę rozciągnięty.

R.R.: Tak, taszczyłeś też krzyż z cmentarnego śmietnika, chcąc dowieźć go do domu… Lepiej czytać wiersze niż o nich rozmawiać? O prozie rozmawia ci się łatwiej, przyjemniej? A może po prostu nie trafiam z pytaniami?

J.P.: Trzy razy „tak”! Mówienie o poezji jest jak wielki pleonazm, jakiś ple-ple-pleonazm, rozmawianie o rozmawianiu, opisywanie pisania. Inaczej niż proza, wiersz z definicji, ze swej natury jest doskonały, ma być doskonały, tak go pojmuję. Co można dodać do czegoś, co jest doskonałe? Dodatkowo jeszcze wiersz wydaje mi się tworem bardzo osobistym, również z definicji, wcale nie chodzi tu o jakieś zamierzone ekshibicjonizmy. Jest jak rozmowa dzieci albo kochanków, których podsłuchiwanie jest szczególnie podłe. Oczywiście nie myśli się o tym, pisząc wiersz, ale jeśli jest w nim niedomówienie, to ono powinno tam być. Nie ma żadnej wielkiej tajemnicy, jest tylko niedomówienie czy zawieszenie głosu i to wystarcza, żebym na grzeczne pytania reagował jak znarowiony koń. Co nie znaczy, że nie rozumiem trudnej sytuacji, w jakiej się znajdujesz, odpytując poetę. W swym długim życiu przeprowadziłem sporą ilość rozmów w celu ich publikacji, głównie w radiu, i z nikim nie szło mi tak po grudzie, jak z poetami. Po prostu na dzień dobry wiadomo, że wszystko co ważne, zostało powiedziane, w wierszach. Na dzień dobry chce się powiedzieć do widzenia. Jak rozmawiasz ze skoczkiem narciarskim, to wiadomo, pytasz go, co czuł na progu. A tu rozmawiasz z kimś, kto życie poświęcił właśnie opisywaniu tego, co się czuje na progu. Więc pytasz na przykład o okoliczności, czy wiało pod narty czy w dupę, o możliwości interpretacji, bo telemark niby był, ale jakby go nie było…

R.R.: Pytając o okoliczności chodziło mi po części również o twoje podejście do pisania poezji. Przychodzisz do wierszy, czy wiersze przychodzą do ciebie i domagają się zapisania? Co stanowi iskrę, od której zajmuje się wiersz?

J.P.: Uważaj, niedźwiedź!

R.R.: Uciekajmy więc w inne pytanie. Próbowałeś szukać jakichś informacji o Ferdynandzie Auguście Konsiku, którego niejako tym wierszem wprowadzasz do historii literatury?

J.P.: Nie, ja jestem inne pokolenie. To, że widzę gdzieś jakieś nazwisko, nie powoduje, że wskakuję do Internetu i grzebię ręką w szambie, mając nadzieję, że wymacam coś twardego, jakiś twardy dowód albo coś. Słowo research nic a nic mnie nie podnieca. W „Tygodniku Powszechnym” pisałem nie tylko o Sendeckim, ale też o naturze tajemnicy. Cytowałem tam modlitwę Pierre’a-Oliviera Walzera do św. Rudolfa, co i teraz uczynię: „Naucz nas oto chronić tę cząstkę tajemnicy, która jest we wszystkim obecna, (…) nie odmykać wszystkich zasuw i nie otwierać siłą wszystkich zamków, pozostawiać pytania bez odpowiedzi i przesłanki bez wniosków, uznawać także wielkich wtajemniczonych, guru i hierofantów, nie rozdzierać wszystkich zasłon”. Jeśli chodzi o Ferdinanda Augusta Konsika, ciekawiło mnie jedynie, czy czeka na mnie i gdzie. Spierałem się nawet o to z Pawłem Próchniakiem, redaktorem książki, z której ten wiersz pochodzi. Zdaniem Pawła on na mnie czeka w niebie bez cudzysłowu, za to może w niebie ze znakiem zapytania. Tu się jednak wyjątkowo z Pawłem nie zgodziłem.

R.R.: To właśnie za sprawą Pawła Próchniaka związałeś się jakiś czas temu z Ośrodkiem „Brama Grodzka — Teatr NN” i festiwalem Miasto Poezji, w którym od 2013 roku dość aktywnie uczestniczysz między innymi prowadząc warsztaty, przygotowując radiową transmisję czy nagrywając rozmowy z poetami składające się na cykl „Do powiedzenia” w ramach projektu „Strony poezji”. O festiwalu wypowiadasz się zawsze bardzo ciepło. Co sprawia, że czujesz się tam tak dobrze?

J.P.: Jakoś tak normalnie tam jest. Na pewno normalny jest dyrektor Bramy, Tomek Pietrasiewicz. „Normalny dyrektor”, toż to brzmi jak oksymoron. Mam tam do wykonania konkretną pracę i mogę się na niej skupić… Tak, ta możliwość zajęcia się sobą i własnym tripem jest dla mnie bardzo istotna. Na większości festiwali i im podobnych imprez czuję się nieswojo, trzeba się ustawiać do zdjęć, czytać wiersze do kamery… A, właśnie! Nie wiem, czy wiesz, ale w tym roku Ministerstwo Kultury nie dało pieniędzy na Miasto Poezji. Nie będzie warsztatów i nie będzie transmisji. Pewnie szykuje się jakiś Festiwal Poezji Lichej w Licheniu.

R.R.: Musi to być nieliche przedsięwzięcie, bo organizacja kolejnej edycji Festiwalu Puls Literatury również stoi pod znakiem zapytania. Oczywiście z tych samych powodów. „Dobra zmiana” w Ministerstwie Kultury sprawiła, że przestało być ono „kul”. Ale wierzę, że — jak to się teraz w pewnych kręgach mawia — damy radę.

J.P.: Dacie na pewno. Dla mnie ministerstwo nigdy nie było „kul”, żaden minister nie okazuje łaski, przyznając publiczne, a więc moje pieniądze, fajnym i potrzebnym przedsięwzięciom — to jego psi obowiązek.

R.R. Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2016, s. 240-245]

„Wyszedłem tylko wyrzucić śmieci”

czwartek, 20 października 2016 | Komentarze: 0

— Wyrzucisz w końcu te śmieci? — zapytała ze zniecierpliwieniem zza drzwi. — Co ty w ogóle robisz tyle czasu w tej łazience?
— Nic. — Pierwsze słowo, które przyszło mu na myśl, kiedy jej głos wyrwał go z bezmyślnego wpatrywania się w swoją twarz w lustrze, żadnego z nich nie zaskoczyło. 
Sięgnął do kosza na brudną bieliznę po pierwszy z brzegu T-shirt. Powąchał go na wszelki wypadek, przerzucił przez ramię i poszedł do kuchni. Julia zmywała naczynia. Obserwował ją przez chwilę, zastanawiając się, jak mogłoby wyglądać jego życie bez niej. Jakim byłby człowiekiem, gdyby na jej miejscu nie było teraz nikogo lub gdyby ostatnie jedenaście lat swojego życia spędził z kimś zupełnie innym?
Założył podkoszulek, a Julia bez słowa przesunęła się, by mógł wyciągnąć śmieci z szafki pod zlewem.
Na zewnątrz zaczynało robić się chłodniej i choć dało się już odczuć wyraźną ulgę od niemiłosiernego upału, nie lubił tej pory dnia, kiedy trudno powiedzieć, czy jest jeszcze widno, czy już ciemno. Świat zaczynał tracić kolory, co potęgowało jeszcze dojmującą szarość blokowiska, w którym spędził większą część swojego dorosłego życia.
Chciał delikatnie przymknąć drzwi do klatki schodowej, ale silny powiew wiatru niemal natychmiast wyrwał mu je z ręki. Trzasnęły tak mocno i głośno, że przez chwilę sprawdzał, czy nic nie odpadło. Chwycił za klamkę. Drzwi były zamknięte, a przez domofon dochodziły niewyraźne, pochodzące jakby z rozregulowanego radioodbiornika, odgłosy kłótni sąsiadów z drugiego piętra, którzy notorycznie źle odkładali słuchawkę, zapraszając tym samym na kolejne odcinki nudnego i do bólu przewidywalnego słuchowiska, które jednak mimo wszystko doczekało się wiernych słuchaczy.
Wyrzucił śmieci do pobliskiego kosza i powoli ruszył w stronę swojego bloku. Kiedy stanął przed drzwiami do klatki schodowej, zorientował się, że wychodząc z domu, nie wziął kluczy. Zdarzało mu się to bardzo rzadko. Zazwyczaj chował je odruchowo, nawet o tym nie myśląc. Raz jeszcze przeszukał kieszenie dresów. Były puste.
Wcisnął przycisk domofonu, przy którym widniał numer jego mieszkania.
— Słucham — głos Julii zniekształcony przez urządzenie brzmiał jeszcze bardziej szorstko niż zwykle.
— Otwórz — powiedział i chwycił za okrągłą klamkę metalowych drzwi.
— Kto tam?
— Jak to kto? Ja. Otwórz! — powtórzył trochę już zniecierpliwiony.
— Jaki „ja”?
— Julka, przestań się wygłupiać. Naprawdę nie mam ochoty na żarty — powiedział podirytowany, ale zamiast dźwięku otwieranych drzwi usłyszał trzask odkładanej słuchawki.
Przez chwilę stał osłupiały, próbując zebrać myśli, po czym cofnął się parę kroków i spojrzał w okno na trzecim piętrze. Wydało mu się, że firanka nieznacznie się poruszyła, a niewyraźny cień, który musiał należeć do Julii, podobnie jak on zastygły teraz w bezruchu, próbował za wszelką cenę pozostać niewidoczny.
Wrócił przed domofon i zadzwonił jeszcze kilka razy, ale nikt już nie odebrał.
Kiedy tak stał, zastanawiając się, co robić, niespodziewanie otworzyły się drzwi. Z klatki schodowej wyszedł starszy mężczyzna, którego, miał wrażenie, widział po raz pierwszy. Nigdy jednak nie miał pamięci do twarzy. Zdarzało się, że nie mówił „dzień dobry” osobom ze swojego bloku, bo ich zwyczajnie nie kojarzył. One za to musiały kojarzyć go doskonale — jako sąsiada, którego nie stać nawet na ten elementarny wyraz uprzejmości. Tym razem ukłonił się i przytrzymał nawet drzwi, a potem, najszybciej jak potrafił, wbiegł po schodach na trzecie piętro.
Zadzwonił kilka razy nerwowo, a gdy nie przyniosło to efektów, zaczął walić coraz mocniej pięścią w drzwi.
— Otwieraj, do cholery! Co ci odbiło?!
Usłyszał zza drzwi głos Julii. Była zdenerwowana i wystraszona.
— Proszę odejść, bo wezwę policję. Nie wiem, czego pan chce, ale niech pan już przestanie! Dzieci bardzo się boją… — Uniósł rękę, by ponownie uderzyć w drzwi, powstrzymał się jednak. Bez względu na to, co się tutaj działo, ostatnią rzeczą, jakiej chciał, była krzywda jego dzieci.
Usiadł na podłodze i oparł się o zimną ścianę. Kiedy rozważał, co powinien teraz zrobić, usłyszał, jak pod blok podjeżdża na sygnale samochód. Doszedł do wniosku, że pewnie ktoś z „życzliwych” sąsiadów wezwał policję. Nie pomylił się. Po chwili stało nad nim dwóch mundurowych.
— No i dlaczego rozrabiasz, kolego? Taki miły wieczór psujesz… — powiedział jeden z nich. 
— Może i dobrze, że ktoś po was zadzwonił — powiedział zrezygnowanym głosem ni to do nich, ni to do siebie — Nie mogę dostać się do domu… To znaczy, wyszedłem tylko wyrzuć śmieci, a teraz żona nie chce mnie wpuścić… Nie wiem, o co chodzi… Może chociaż będę mógł z wami wejść na chwilę do mieszkania i… nie wiem… zabrać swoje rzeczy?
Po „Proszę otworzyć. Policja” drzwi nieznacznie uchyliły się i przez szparę dostrzegł Julię, która przyglądała mu się z niepokojem. Trzymała na rękach ich zapłakanego trzyletniego synka, a zza jej pleców zerkała na niego ich wystraszona dziesięcioletnia córka.
— Ja nie wnikam, o co chodzi — zaczął policjant — ale pani mąż powinien przynajmniej wziąć dokumenty. Proszę mu pozwolić wejść albo chociaż podać je nam, a potem pójdzie z nami. Niech się pani nie boi, jesteśmy tutaj. Jest pani bezpieczna i nic…
— Ale to nie jest mój mąż! — przerwała Julia — Mój mąż jest jeszcze w pracy. Tego pana widzę pierwszy raz w życiu!
Poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Policjanci spojrzeli po sobie, a potem utkwili w nim pytające spojrzenia.
— Julia… — wymamrotał, a kiedy próbował się podnieść, jeden z policjantów stanął tak, by uniemożliwić mu wejście do domu.
— Wygląda na to, że mamy problem — westchnął policjant. Zsunął czapkę lekko do tyłu i podrapał się w spocone czoło.
— Ten pan ma problem — oznajmiła pewniejszym już głosem Julia — Nie wiem, co się tutaj dzieje i nawet nie chcę wiedzieć… Chciałabym uspokoić dzieci, więc…
„Teraz albo nigdy” — pomyślał. Zebrał resztki sił, zerwał się z podłogi i rzucił w stronę mieszkania, taranując przy tym blokującego go policjanta. Julia ledwo utrzymała równowagę, kiedy odepchnął drzwi i wpadł do środka. Skierował się do dużego pokoju, gdzie zwykł trzymać portfel z dokumentami, a obok nich komórkę.
Pokój wyglądał dokładnie tak, jak go zostawił. Na stole stała niedopita kawa i gazeta otwarta na artykule, którego nie zdążył przeczytać. Rozejrzał się za portfelem i komórką, ale zamiast nich dostrzegł na komodzie zdjęcia w ramkach. Znajdował się na nich jakiś obcy mężczyzna. Obejmował Julię, uśmiechał się szeroko podczas spaceru z dziećmi i — w trójkątnej czapce z gazety — malował pokój, ten sam pokój, do którego teraz w ułamku sekundy wpadło niemal jednocześnie dwóch policjantów.
Znał doskonale te zdjęcia, pamiętał okoliczności, w jakich zostały zrobione. Wracały teraz do niego ze zdwojoną siłą, tak wyraźne, jakby to wszystko działo się wczoraj. Kim był człowiek, który zajął jego miejsce? Kiedy? Jak? Stał porażony tym, co zobaczył. Zupełnie nie wiedział, w jaki sposób zareagować. Choć trwało to zaledwie chwilę, miał wrażenie, jakby czas zwolnił bieg do tego stopnia, że mógłby spokojnie uniknąć biegnących w jego stronę i powalających go na ziemię umundurowanych mężczyzn.
Ocknął się w areszcie z bólem głowy. Był głodny i cuchnął potem. Usiadł na pryczy i zwiesił głowę.
— Już myśleliśmy, że się nie obudzisz — wyrwał go z letargu głos policjanta. — Masz farta. Zastanawialiśmy się, co z tobą zrobić, a tu nagle nasza sprzątaczka mówi, że cię zna, że mieszkasz na jej ulicy. Żona już po ciebie jedzie.
— Julia? — zapytał niepewnie.
— A skąd mam wiedzieć? Przecież nie znam twojej żony. Jak mówisz, że Julia, to pewnie Julia…
Była jedyną kobietą na komisariacie, więc — wyprowadzany w asyście dwóch policjantów — zauważył ją od razu i domyślił się, że to musi być ona. Z całą pewnością nie byłą Julią. Jeśli był czegoś pewien, to właśnie tego: to nie była Julia. Nawet jej nie przypominała. Kiedy go zobaczyła, natychmiast wstała od biurka, przy którym podpisywała jakieś papiery, podbiegła i przytuliła go mocno. 
— Tak się martwiliśmy… — wyszeptała i pocałowała go w szorstki od zarostu policzek. W przeciwieństwie do niego pachniała tak świeżo, że przez chwilę zastanawiał się, czy tak właśnie pachnie dom. Odruchowo ją objął. Po ostatnich doświadczeniach bał się mówić. Uznał, że najlepszą rzeczą, jaką może w tej chwili zrobić, jest czekanie na rozwój wypadków. Dopiero w najbardziej sprzyjającej chwili powinien podjąć odpowiednie kroki, choć za nic nie był sobie w stanie teraz wyobrazić, jakie by one miały być. W tym momencie liczyło się tylko to, by wyjść z komisariatu możliwie najszybciej, wykąpać się i coś zjeść.
Jechali w milczeniu taksówką przez miasto, którego nie rozpoznawał. Zrezygnowany przestał po chwili nawet mu się przyglądać. Patrzył przez okno nieobecnym wzrokiem. W trakcie kilkunastominutowej jazdy tylko raz zapytała go, jak się czuje, a gdy nie odwracając wzroku od okna, wydusił z siebie oschłe „Jestem głodny i boli mnie głowa”, dała spokój.
Kiedy wysiedli z taksówki, rozejrzał się niepewnie dokoła. Próbował dostrzec tabliczkę z nazwą ulicy i numerem posesji, ale o tej porze dnia, kiedy świat zaczynał tracić kolory, nie było to takie łatwe. Tuż za furtką podbiegł do niego pies, którego w pierwszej chwili się przestraszył, ale ten zaczął lizać go po ręku i łasić się, merdając ogonem.
Otworzyła drzwi i weszła pierwsza. Zdjęła buty i powiesiła klucze na przeznaczonym do tego uchwycie. Stojąc w progu, patrzył to na nią, to na wnętrze mieszkania, którego nie rozpoznawał. Widział je po raz pierwszy. Był tego więcej niż pewien.
— Dzieci są u mojej mamy! — Wychyliła się z kuchni i dostrzegła, że dość nerwowo się rozgląda. — Podgrzeję ci zupę, na pewno zrobi ci się lepiej, jak zjesz coś ciepłego… A teraz możesz się wykąpać. Zaraz przyniosę ci czyste rzeczy. Ręcznik jest na pralce.
Zamknął za sobą drzwi wejściowe. Szedł powoli przez długi przedpokój i otwierał wszystkie napotkane drzwi. Za trzecimi była łazienka. Wszedł do środka i przekręcił zamek. Nacisnął na klamkę, żeby upewnić się, że drzwi są zamknięte. Następnie odkręcił wodę, która głośno zaczęła wypełniać wannę. Przez chwilę siedział w bezruchu na jej skraju, wpatrując się w podłogę i wsłuchując w szum wody. Wreszcie wstał, ściągnął T-shirt, nachylił się nad umywalką i umył twarz. Mydło, którego najwyraźniej nie spłukał wystarczająco dobrze, zaczęło szczypać go w oczy. Sięgnął po omacku po ręcznik i wytarł twarz. Chciał przetrzeć lustro, które, nie wiedzieć kiedy, całkiem zaparowało, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Spoglądał na niewyraźnie odbitą w nim postać, na zarys twarzy, której nie miał odwagi zobaczyć. Szum wody stawał się coraz bardziej nieznośny.

[prwdr.: „Tygiel Kultury”, nr 1/2016, s. 231-235]