Werbalizacja wewnętrznej prawdy

środa, 15 lutego 2017 | Komentarze: 0

Na swoją nową książkę poetycką Marek K. E. Baczewski kazał czekać aż dziesięć lat, bo tyle minęło od wydanego również przez Instytut Mikołowski w 2006 roku zbioru pt. Morze i inne morza. Projekt „Orfeusz” wynagradza cierpliwość niejednoznaczną, wielowątkową lekturą, często wyprowadzającą czytelnika na manowce.
Do niniejszego cyklu wybrałem jeden z moich ulubionych wierszy tego tomu, o którym autor w naszej korespondencji — mam nadzieję, że nie będzie miał mi tego za złe, choć przecież ujawnianie prywatnych maili stało się ostatnio dosyć modne — pisze, że jest to tekst, w którym „poeta wyraża znudzenie, ba, nawet irytację podjętym tematem”. Przed Państwem wiersz „Próżnia” i rozmowa, mam nadzieję, nie całkiem o niczym.
Próżnia

Próżni nie ma, bo w próżni fruwają
foliowe woreczki: stolec Leonowa,
stolec Hermaszewskiego, stolec Armstronga.
Zmrożone na kość, lecz nadal fascynujące
jako forma bytu w niebycie albo jako symbol
naszych pobożnych starań, szczerych zamiarów,
dobrych usiłowań, które odwiecznie kończą się
wdepnięciem w pobożną, szczerą, no i na koniec
dobrą próżnię, której na domiar złego nie ma.
Gdyby nie te latające woreczki, próżnia
byłaby swoim własnym idealnym wzorcem,
własną platońską ideą. Uobecniona nieobecność,
a w tej nieobecności — proszę państwa! — worek z gównem.
Nawet najzacieklejszy pojęciowy realista
przyzna, że próżnia jest pojęciem bez desygnatu.
I odwrotnie — nad złotobrązowym półobwarzankiem,
zawieszonym, jak się rzekło, w kosmicznej próżni,
nie fruwa najmarniejsza idea. Nawet w niebie
pojęciowego idealisty. A to właśnie skandal.
Mój zarzut jest oczywisty:
gdyby nie gówno kosmonautów,
mielibyśmy niebo o rzut kamieniem
i byle serafin by nam wtedy nie podskoczył.
Gdyby nie gówno kosmonautów,
nie mówiłoby się: zabrał tajemnicę do grobu,
bo z każdym zmarłym można byłoby pogadać.
Gdyby nie gówno kosmonautów,
mielibyśmy Absolut tu i teraz, jakieś
pięćdziesiąt mil nad naszymi głowami.
A co mamy? Gówno.

Robert Rutkowski: Skąd pomysł, by w nowej książce poetyckiej zagrać toposem orfickim, który przez wieki, jak się wydaje, został ograny chyba na wszystkie możliwe sposoby? Co wnosisz/ chciałeś wnieść do tego toposu, czego byśmy już nie wiedzieli?

Marek K. E. Baczewski: Ten, jak to ująłeś, „topos” orficki pojawił się podczas pracy nad paroma tekstami poetyckimi poświęconymi rozmaitym dociekaniom z dziedziny metafizyki i religii. Miałem na początku kilka wierszy, one dotykały wymienionych tematów na różne sposoby. Na przykład wiersz „Coś nie gra” nosi tytuł nawiązujący do ulubionego powiedzonka narratora powieści Valis Philipa K. Dicka. Powieściowy bohater Dicka wypowiadał te słowa, ilekroć spostrzegał, że w otaczającym świecie zdarza się coś niezrozumiałego. Napisałem też teksty odnoszące się do statusu języka (mowy, pisma) w tak zwanym życiu pozagrobowym: „Słowa”, „Mowa”. Tutaj również znajdujemy ciekawy problem. Jakim językiem mogą się porozumiewać oddzielone od ciał dusze? Na przykład Swedenborg uważał, że mieszkańcy zaświatów komunikują się bezpośrednio: z głowy do głowy. Język zatem, narzędzie niedoskonałe, najprawdopodobniej zostaje także wykluczony z grona środków stwarzających relacje między poszczególnymi światami. Ktoś inny wywodził o rajskim języku, że nie może to być język redundantny, nadto jego natura wykluczy możliwość wszelkiego kłamstwa. W tamtym czasie (a było to mniej więcej po wydaniu mojej przedostatniej książki poetyckiej Morze i inne morza) wpadłem na pomysł, by zsumować poszczególne wątki przemyśleń w oparciu o jednolity szkielet konstrukcyjny. Figura Orfeusza, patrona religii poetyckiej, pojawiła się naturalną koleją rzeczy. Chodziło wszak o książkę poetycką. Zamyśliłem sobie tego rodzaju kreację i tak — wśród różnych meandrów i zmiennych kolein — udało się dobić do portu. A co do sugestii zawartej w pytaniu — nie, nie miałem zamiaru powiedzieć żadnej nowej rzeczy. Unikam nowości jak ognia. Chyba że taką nowiną byłaby ocena zawarta w tytule książki: „projekt”. To wszystko zostało wymyślone. Orfizm to elokwencja, orfizm to religia gadatliwych.

R.R: Projekt „Orfeusz” — i mówię to śmiertelnie poważnie — to jedna z ciekawszych książek poetyckich, jakie miałem przyjemność czytać w tym roku. Gorzka, a przy tym jednocześnie niesamowicie zabawna. Wiele w niej fragmentów, które — dochodząc do momentu, w którym, jakby się wydawało, nie ma dokąd uciec przed patosem — przełamujesz kilkoma wersami, które nie tylko rozładowują napięcie, ale też cudownie rozbrajają czytelnika, jak choćby w wierszu „Mistyk”, gdzie tytułowy bohater zasypia nad pustą kartką, udaje mu się zobaczyć świat w ziarenku piasku, budzi się i nie pamięta w którym… Nie da się już dzisiaj podejmować tematów — nazwijmy to — mistycznych serio? Muszą zostać przełamane ironią, by można je traktować poważnie?

M.K.E.B.: Ja nie widzę we wspomnianym tekście nic śmiesznego. Chyba że weźmiemy pod uwagę postać tytułowego mistyka. Wszyscy ludzie, którzy powołują się na kontakt z Bóstwem, w pewien sposób budzą zażenowanie. Zażenowanie, lecz także poczucie ambiwalencji. Jeśli taka osoba mówi prawdę, lub przynajmniej demonstruje oznaki głębokiego przeświadczenia o własnej prawdomówności, mielibyśmy w ręku twardy dowód (empiryczny! empiryczny dowód tego, co nieempiryczne!) na istnienie nadprzyrodzonego świata. No tak, ale z jakiego powodu trafiło się komuś takie uprzywilejowanie? Przygoda z mistykiem i ziarenkiem piasku opisuje niemożliwość zobiektywizowania subiektywnego przeżycia. Oczywistą drogą do takiej obiektywizacji jest artykulacja. Postawmy takiego mistyka/wizjonera w sytuacji komunikacyjnej. On albo będzie milczał jak kamień, albo popadnie w gadulstwo. Jak tu uwierzyć, że ci dwaj ludzie poczuli dotknięcie tego samego Boga? Bohater mojego wiersza pochodzi z tego gatunku mistyków, którym pisanie przychodzi z trudem (stąd pusta kartka). Mistyk (względnie, szerzej mówiąc, każda osoba, która nosi się z zamiarem werbalizacji wewnętrznej prawdy) jest postacią żałosną. Przypomniała mi się anegdota. Jednego razu w gronie kilku kolegów czytaliśmy teksty na scenie pewnego domu kultury. Przygrywał lokalny zespół, beniaminek tegoż ośrodka. Po występie był zaplanowany bankiet. Czekamy w garderobie, aż wybrzmią końcowe przemówienia, a perkusista z zespołu zaczyna pouczać nas, jak się ustawić przy stole bankietowym, aby mieć dostęp do najlepszych kanapek. Mrugnąłem okiem do bywalca salonów i zapytałem: „Dobra, ale gdzie tu miejsce dla konsumpcji dóbr duchowych, dla natchnienia?”. On na to: „Jak dają jeść, to trzeba jeść. Do braku natchnienia też potrzebne jest natchnienie”.

R.R.: W co wierzysz bardziej, w natchnienie czy rzemiosło i pracę nad i z tekstem?

M.K.E.B.: Wszystko dobre. I pierwsze, i drugie, i trzecie. Tylko że nie sposób tych trzech rzeczy mieć jednocześnie. Praca, tak czy owak, to ostatecznie to, co prowadzi do osiągnięcia rutyny, rutyna zaś — najwyższa postać rzemieślniczego kunsztu — nie pozostawia miejsca dla natchnienia, którego działanie rozpoznajemy najczęściej wtedy, kiedy wyczuwamy, drżąc z zachwytu, że oto na świecie pojawiło się coś nowego: wiersz, książka, dziecko. Ostateczna profesjonalizacja warsztatu artysty po prostu wyklucza ewentualność powstania owego „czegoś nowego”. Wtedy, no cóż, artysta musi poszukać sobie innej dziedziny. Choćby tą dziedziną miało być wiercenie dziur w próżni, pustych dziur w próżni.

R.R: „Głosy, znaki (nota)”, ostatnia część tomiku będąca po trosze zbiorem przypisów zasługuje na nie mniejszą uwagę niż wiersze. Pozwól, że zacytuję jeden z moich ulubionych fragmentów odnoszący się do motta wiersza pt. „Dary przejrzystości”: „Myśl Thomasa Traherne’a: «we need nothing but open eyes, to be ravished like the Cherubims» (Centuries of Meditation, I 37; w swobodnym przekładzie: «miej oczy otwarte, ażeby Cherubiny nie ukradły ci roweru») znakomicie streszcza filozofię poety-duchownego. Obawiam się, że czterysta dziesięć medytacji z tomu nie przynosi dużo więcej treści (…)”. Choćby na tym przykładzie widać, że mierząc się z tematami — powiedzmy — ostatecznymi, bawiłeś się świetnie, równie świetnie bawi się podczas lektury czytelnik, jednak po czasie dociera, że kiedy zedrzemy tę tapetę ironii, dostaniemy książkę, którą niemal całkowicie zawładnęła pustka, nicość, niebyt… Śmiech to najlepszy sposób, by odsunąć od siebie widmo bezsensu i daremności codziennie podejmowanego wysiłku?

M.K.E.B.: To ja poproszę szanownego rozmówcę o przyjęcie protestu z mojej strony. Moja książka jest śmiertelnie poważna, a ja jestem okropnym nudziarzem.

R.R.: Ale ja nie twierdzę, że jest niepoważna, mówię tylko, że podejmując tzw. tematy „ciężkiego kalibru”, robisz to w taki sposób, że trudno się czasem podczas lektury nie uśmiechnąć pod wąsem, oczywiście jeśli ten kto czyta nosi akurat wąsy.

M.K.E.B.: Projekt „Orfeusz” ma zamysł krytyczny, to fakt, ale obiektem krytyki jest li tylko szczególny status natchnionego tekstu (natchnionego tekstu będącego przedmiotem obrotu towarowego — taka jest pełna definicja orfizmu jako zjawiska literackiego). Jak tego rodzaju fenomen opisują przepisy prawa autorskiego? Zupełnie nie wiem. W gruncie rzeczy nie czułem uprawnienia, by kwestionować egzystencjalne doświadczenie konkretnego człowieka — nie mam do tego ani narzędzi, ani powodu. Trudno się oprzeć wrażeniu, że omawiany zbiór tekstów stanowi wyraz swego rodzaju konstytucji światopoglądowej. Teraz mógłbym książkę podsumować: tę oto prawdę podały mi do wiadomości anioły. Albo inaczej: tę oto prawdę podał mi do wiadomości brak aniołów. Jak uniknąć tego rodzaju jednoznacznej deklaracji? Jak uniknąć podejrzenia o wyrażanie opinii w świecie, w którym wyrażanie opinii okazuje się najbardziej oczekiwaną postawą? W świecie, gdzie istnieje nakaz: „wyraź opinię albo zgiń”? Rozwiązanie jest oczywiste — należy się wystarać o alibi w postaci porządnej bibliografii. Książka z wierszami wydała mi się po prostu zbyt poważna i postanowiłem pofolgować sobie w przypisach. Akurat tak się złożyło, że kilka rzeczy wymagało grzecznościowego komentarza. Nawiasem mówiąc, poczułem smak zemsty, bo czym jest dziedzina metafizyki, jeśli nie sferą literackiej niekomunikatywności? Co do książki Traherne'a, to musiałem wziąć na niej krwawy odwet, ponieważ ona jest po prostu długa, grząska i jałowa. Traherne wyraża w Centuriach postawę typową dla mistyka-erudyty (albo dla niezgrabnego zalotnika): ja mam coś, czego wy nie macie. Cóż takiego ma mistyczny poeta, czego nie posiadałby zaprzysięgły admirator materialnego świata? On ma zdolność postrzegania nadprzyrodzonego wymiaru rzeczywistości. Tak, ale czego może nauczyć nas Traherne, jeśli wiemy, że naszym codziennym postrzeganiem świata rządzi rytm emocjonalnych wzlotów i upadków? Czy zatem w mojej książce wieją huragany pustki? Nie sądzę. Chciałem pokazać również pewną wątłą nić nadziei. Przed tomem umieściłem dwa motta: prześmiewczy cytat z Dicka (gdzie porównuje się pogodę w zaświatach do pogody na cmentarzu w Glendale) i dający pewną otuchę cytat z Borgesa (dobry wiersz jest dziełem Przypadku czy Ducha, tylko błędy należą do nas). Otóż wczytawszy się dokładnie w zdanie Borgesa, zauważymy, że argentyński poeta artykułuje filologiczny dowód na istnienie Pana Boga: jeśli udane książki dają nam intuicję o istnieniu i działaniu Ducha Świętego, gdzie w takim razie miejsce na duchową kreację jednostki ludzkiej, na zwyczajną wolność artysty? Borges mówi bardzo prosto: gwarancją takiej wolności jest ryzyko błędu. W końcu Projekt „Orfeusz” też pewnie by nie powstał, gdyby nie arcyzabawne zdarzenie. Otóż dostałem autorski egzemplarz powieści Maćka Malickiego Wszystko jest (cholernie metafizyczna rzecz). Książka przyszła pocztą, a jako że pora była przedświąteczna, w kopercie znalazła się także kartka z życzeniami. Tekst życzeń zawierał literówkę: „Wesołych Świat”. Pozwoliłem sobie połączyć tekst życzeń i dedykacji autorskiej („BACZU, ŻAL, ŻE CIĘ NIE BYŁO” – chodziło zapewne o tęgą popijawę) i z tego „zrobił się” wiersz otwierający mój tom. Naprawdę, nikomu bym nie życzył świata, nawet wrogowi.

R.R: W prywatnej rozmowie w Domu Literatury w Łodzi powiedziałeś mi, że za każdym wierszem z tej książki jest jakaś historia. Jaka historia kryje się za wierszem „Próżnia”, który wybrałem do niniejszego cyklu?

M.K.E.B.: Historia prosta. Ona opowiada o wyczerpaniu pomysłów na kontynuację cyklu wierszy. Pomyślałem sobie w pewnej chwili: jakżeby w takiej książce mogło zabraknąć opisania topografii zaświatów? One są esencją metafizycznego dyskursu, ponieważ zostały ufundowane na czystej retoryce. Cokolwiek moglibyśmy powiedzieć o takich fenomenach, zostanie to przyćmione przez nadmiar znaczeń pobocznych. W każdym razie opisywanie poszczególnych instytucji życia pośmiertnego stwarzało obietnicę niezłego wypełniacza. Jest ich mnóstwo, proszę bardzo: piekło pożądliwców z poematu Dantego, Walhalla, Tartar... Tak się złożyło, że opisałem cztery instytucje: Otchłań, Przepaść, Limbus verborum, Nic (czyli zaświaty ateisty względnie epikurejczyka). Wtedy znudziło mi się pisanie takich bzdur. Porzuciłem wątek produktów przemiany ducha i zabrałem się za produkty przemiany materii. Tak powstał wiersz „Próżnia”.

R.R.: O tym, że próżnia nie istnieje mówili już Pitagorejczycy, np. Parmenides z Elei w VI w. p.n.e. twierdził, że istnienie próżni jest warunkiem możliwości wielości rzeczy i ruchu, a — skoro próżnia nie istnieje — wielość rzeczy i zmiany w przyrodzie są iluzją. Nie miał, niestety, na poparcie swoich tez aż tak twardych dowodów, jak ty w swoim wierszu. Która próżnia bardziej cię przeraża, ta fizyczna, której, jak twierdzisz, nie ma (i o ten brak właśnie pytam), czy ta filozoficzna, istniejąca w sferze pojęciowej, a więc też w sposób dość iluzoryczny, choć z pewnością bardziej dyskursywny?

M.K.E.B.: Fragment wielkiego sporu filozoficznego dotyczącego relacji tego, co abstrakcyjne, oraz tego, co konkretne. Wczesne średniowiecze liczyło rzeczy, nie liczyło liczb. Po co liczyć liczby? Tak, ale w matematyce nie istnieje pytanie „po co?”. Dodajemy zatem dwa i dwa. Ale dwa i dwa czego? A może uczyniliśmy błąd, usiłując za wszelką cenę wyrwać się z pierwszej klasy szkoły podstawowej? W każdym razie próżnia pojawiła się w zachodniej arytmetyce na przełomie XII i XIII wieku, stało się to za sprawą Fibonacciego, który zaproponował przejęcie symbolu „0” z indyjskich i arabskich systemów matematycznych. Do szczegółów sporu o symbol „0” i o jego znaczenie muszę odesłać do literatury; w przeciwnym razie rozwinie się nam tutaj jakaś egzegetyczna anabaza. Chciałbym natomiast pokazać, że zagadnienie próżni ma trzecią stronę. Co to takiego? Fakt? Pojęcie? To i to? Ani to, ani tamto? Otóż w pewnym łacińskim tekście przypisywanym Apulejuszowi znajdujemy ciekawy wywód dotyczący natury próżni. Autor (nazywany dziś Pseudo-Apulejuszem) podąża w ślad za Arystotelesowym pojęciem „lęku przed próżnią”. Próżnia to filozoficzna „wydmuszka”, patent na nieistniejący niebyt. Tyle że, chcąc albo nie chcąc, Pseudo-Apulejusz wprowadza kategorię próżni psychologicznej. Hermes Trismegistos, jeden z tytułowych bohaterów rzeczonego pisma, mówi: w ogóle nie powinno się używać miana próżni bez określenia nazwy rzeczy, której tam nie ma. Moim poczuciem próżni zarządza zatem tęsknota za czymś, co utraciłem. Tęsknię za konkretną kobietą; ona nosi zmienne oblicza i z łatwością pozbywa się imion, ale to jedna i ta sama kobieta. W gruncie rzeczy mielibyśmy tu wstęp do genealogii pojęcia próżni. Poza tym, no cóż... Ja długo już żyję. Ja tęsknię za próżnią. Psychologiczna hipoteza Pseudo-Apulejusza działa również w przeciwnym kierunku. Jest odpowiedzią na stan przesytu. Skądinąd hipotetyczny tłumacz tego dziełka (Asklepiusz czyli rozmowa z Hermesem Trismegistosem) używa łacińskiego słowa inane, a wyraz ten przechowały współczesne języki — angielski, hiszpański, włoski. Po angielsku być inane, to znaczy być „pustym”, lecz również „bezsensownym”, „głupim”. A któż nie chciałby być głupi? Chyba tylko skończony idiota.

R.R.: Na początku XX w. okazało się, że ponad 99,99% objętości samego atomu stanowi pusta przestrzeń, czyli próżnia. Wszyscy jesteśmy w ponad 99,99% zbudowani z pustki. Ten fakt stawia naszą rozmowę o próżni w dość niezręcznym położeniu — dość, powiedzmy, tautologicznym…

M.K.E.B.: Cała przyjemność po mojej stronie. Prawie cała. 99,99% przyjemności...!

[prwdr.: „Arterie”, nr 2/2016, s. 285-291]

Słowo na niedzielę: Bohumil Hrabal

niedziela, 12 lutego 2017 | Komentarze: 0

Trzydzieści pięć lat pracuję przy starym papierze i to jest moja love story. Trzydzieści pięć lat prasuję stary papier i książki, trzydzieści pięć lat tytłam się w literach, wskutek czego upodobniłem się do leksykonów, których przez ten czas sprasowałem pewnie ze trzydzieści kwintali, jestem dzbanem pełnym żywej i martwej wody, starczy, bym się lekko nachylił, a cieką ze mnie same piękne myśli, jestem wbrew własnej woli wykształcony, tak więc właściwie nawet nie wiem, które myśli są moje i ze mnie, a które wyczytałem, tak więc w ciągu tych trzydziestu pięciu lat zjednoczyłem się z samym sobą i światem wokół mnie, bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych. Tak oto w jeden miesiąc prasuję przeciętnie dwadzieścia kwintali książek, ale by nabrać sił do tej mej zbożnej pracy, w ciągu tych trzydziestu pięciu lat wypiłem tyle piwa, że z tego zleżakowanego trunku byłby pięćdziesięciometrowy basen pływacki, byłyby całe zestawy sadzów na wigilijne karpie. Tak oto wbrew własnej woli zmądrzałem i teraz stwierdzam, że mój mózg to sprasowane w hydraulicznej prasie myśli, paczki pomysłów, tajną skrytką Kopciuszka jest moja głowa, na której wygorzały włosy, i wiem, że jeszcze piękniejsze  musiały być czasy, kiedy wszelka myśl zapisana była tylko w ludzkiej pamięci, wtedy, gdyby ktoś chciał sprasować książki, musiałby prasować ludzkie głowy, ale i to na nic by się nie zdało, bo autentyczne myśli przychodzą z zewnątrz, są poza człowiekiem niczym makaron w bańce, toteż Koniášowie całego świata daremnie palą książki i, jeżeli w tych książkach odnotowano coś ważnego, słychać jedynie cichy chichot palonych książek, bowiem solidna książka zawsze wskazuje w inną stronę i poza siebie.

Bohumil Hrabal, Zbyt głośna samotność, tłum. P. Godlewski, Świat Literacki, Warszawa 2006.

Słowo na niedzielę: Pascal Quignard

niedziela, 8 stycznia 2017 | Komentarze: 0

Przesłanka XVII. Epikur powiadał, że kiedy życie spotyka się samo z sobą, to wtedy wydaje z siebie euforyczny dźwięk równie tajemniczy i prosty jak bezchmurne niebo.
Somadeva dzielił ludzi na dwie grupy: odzianych na biało i odzianych w przestrzeń. Uważał, że ludzie nadzy utrzymywali łączność ze wszechświatem. Ludzie odziani starali się przed nim ukryć i wszechświat się od nich oddalał.
Przesłona na piersi jest chmurą na słońcu.

Pascal Quignard, Życie sekretne, przeł. K. Rutkowski, Vesper, Poznań 2006, s. 254.