Mieszka we mnie dziecko, które boi się śmierci

czwartek, 29 września 2011 | Komentarze zostały wyłączone.

Rainer Kunze w wierszu pt. „Replika” pisze: Są w nas ślady, które tylko sami / możemy zabezpieczyć // Jeżeli tylko potrafimy / z takiego drobiazgu / zdjąć odcisk // I wtedy jakaś dziewczyna, zagubiona, / odzyskuje ochotę do życia, / a prawdziwy czytelnik mówi: // Jeszcze zdarzają się wiersze (przeł. J. Ekier). Na pewno nie jestem zagubioną dziewczyną, która odzyskuje ochotę do życia, nie wiem, czy jestem nawet prawdziwym czytelnikiem, ale z pewnością wiem jedno: jeszcze zdarzają się wiersze. I te chciałbym prezentować czytelnikom w niniejszym cyklu.
To tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy.
Marcina Orlińskiego, jak sądzę, przedstawiać nie trzeba. Nie tylko dlatego, że po dość długiej przerwie wydał niemal jednocześnie dwa tomiki wierszy (oba, w mojej skromnej opinii, świetne), ale przede wszystkim dlatego, że każdy, kto nawet w niewielkim stopniu interesuje się współczesną literaturą, musiał się na jego nazwisko natknąć. Wierzę też, że gdy poznał teksty tego autora, zainteresował się nimi na tyle, by chcieć więcej. I więcej. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Marcin Orliński jednak mnie nie rozpieszczał. Po debiutanckim tomie Mumu humu (2006) kazał czekać na swoją kolejną książkę aż cztery lata. Parada drezyn miała swoją premierę w zeszłym roku podczas IV Festiwalu Puls Literatury w Łodzi, a Drzazgi i śmiech, trzeci w kolejności zbiór wierszy poety, ukazały się tuż po Paradzie... w poznańskiej serii poetyckiej pod redakcją Mariusza Grzebalskiego. Zaiste, seryjny to poeta, ten Marcin Orliński, chciałoby się powiedzieć...
Podzielę się wierszem pochodzącym z Parady drezyn pt. „W podróży do Essen”:


W podróży do Essen

Dzwon uderzył po raz ostatni i przepadł

w sygnale rogatek. Nie ma lepszej pogody na pogrzeb
niż upalny dzień — duszna woń obierków
od ziemniaków, włosy pozlepiane od światła.
Na talerzu przypalone mięso jak spękana
od słońca ziemia. Bruzdy układają się
równolegle. Spójrz, dziecko

próbuje wyjść na zewnątrz, pragnie
powietrza, a tylko gubi się

między kolejnymi kotarami. Och, zna przecież
kulisy wielu teatrów, drewniane konstrukcje
i szafy pełne zepsutych lalek. Ale kiedy
kopie w brzuch, starzy ludzie krzywią się,
zamykają okna. I pozostają

pieczątki na szybach,
naczynia

wysuszone i puste.


Robert Rutkowski: Marcin Orliński — człowiek orkiestra: poeta, krytyk literacki, redaktor „Zeszytów Poetyckich”, juror w ogólnopolskich konkursach, by wymienić tylko kilka z twoich profesji. W jaki sposób to wszystko godzisz i które skrzypce w tej orkiestrze gra Marcin Orliński — poeta?

Marcin Orliński: Staram się godzić działania różnego rodzaju, co jest o tyle łatwe, że poruszam się w obrębie jednej dziedziny, jaką jest literatura. Na szczęście nie muszę projektować umywalek, wykładać mechatroniki ani tworzyć planów finansowych dla firm ubezpieczeniowych. Gdybym musiał, nie wiem, czy dałbym radę zajmować się jeszcze literaturą. Dlatego też podziwiam ludzi, którzy naprawdę potrafią godzić ze sobą różne zajęcia. Dla mnie poezja, krytyka literacka i twórczość na potrzeby reklamy, bo z tego głównie się utrzymuję, to tak naprawdę różne zakątki w tym samym ogrodzie. Pracuję z tekstem. Czasem jako czytelnik, czasem jako twórca. Raz sprzedaję mus owocowy. Innym razem walczę z szarańczą.

R.R.: Kiedy czytam twoje wiersze, towarzyszy mi skądinąd bardzo przyjemne uczucie, jakbym przez nie płynął. Nie tylko dlatego, że piszesz pięknym językiem, ale zwłaszcza dlatego, że kolejne wersy subtelnie odsłaniają nowe znaczenia, otwierają się na nie. Uchylisz rąbka tajemnicy swojego warsztatu? Kiedy zasiadasz do wiersza wiesz dokładnie, jak będzie wyglądał i po prostu przelewasz go na papier? A może pozwalasz zaskoczyć się słowom/ frazom i dajesz się im ponieść?

M.O.: Kiedy zaczynam pisać, nie wiem, do czego zaprowadzą mnie słowa. Pisarstwo jest dla mnie przygodą i właśnie tak chciałbym je traktować: jako podróż w nieznane. Josif Brodski podczas uroczystości wręczenia Literackiej Nagrody Nobla wspominał, że ten, kto pisze wiersz, czyni to przede wszystkim dlatego, że kolosalnie przyspiesza wtedy własną świadomość, myślenie, percepcję świata. Bliskie jest mi to podejście, ponieważ pokazuje akt twórczy od wewnątrz, kiedy przez umysł piszącego przepływa wezbrana rzeka. Myślę, że właśnie połączenie indywidualnej pamięci autora ze zbiorową pamięcią języka daje mieszankę najbardziej twórczą, najbardziej uniwersalną, najbardziej wybuchową.

R.R.: Czym dla ciebie jest wieloznaczność w poezji? Obecnie dość modny jest pogląd, że im więcej odczytań wiersza, tym lepiej…

M.O.: Ideał poezji wieloznacznej nie jest nowy. Sięga chyba starożytności, a najbardziej rozwinął się w poezji nowoczesnej, która nauczyła nas, że nie należy za bardzo ufać słowom. Tworzymy wieloznaczne obrazy nie dlatego, że ignorujemy rzeczywistość, ale właśnie przez wzgląd na nią. Wieloznaczne słowo lepiej oddaje naszą kondycję poznawczą i twórczą. Z drugiej strony poezja nie powinna rozpuszczać się w pojęciach ogólnych. Abstrakcyjne opisy nie mówią już nic i w sensie literackim zwykle okazują się jałowe.

R.R.: Trudno się z tobą nie zgodzić, zastanawiam się jednak: co wtedy z komunikatem? Każda wypowiedź artystyczna jest przecież jakimś komunikatem. Możemy oczywiście komunikować naszą, jak to ładnie ująłeś, wieloznaczną kondycję poznawczą i twórczą, ale co wtedy, gdy czytelnik użyje wiersza przeciwko tobie? Co, gdy wyczyta z wiersza coś, czego nie miałeś zupełnie zamiaru powiedzieć i, dajmy na to jeszcze, z czym zupełnie się nie zgadzasz? Na taką wieloznaczność wypowiedzi artystycznej jako twórca godzisz się również?

M.O.: Poeta powinien panować nad tekstem, ale nie może się łudzić, że zapanuje nad jego wszystkimi możliwymi interpretacjami. Jeśli pisze, dajmy na to, o jabłoni, którą zobaczył, musi się liczyć z faktem, że słowo „jabłoń” będzie odnosiło do innych tekstów literackich, w których była mowa o jabłoni, jabłkach, roślinach, a także o staniu, rodzeniu itd. W przestrzeni symbolicznej jabłoń okaże się drzewem, wydającym owoce. Jednym z owoców będzie ten, który zerwała Ewa. Czytelnik ma prawo się zastanawiać, czy jabłoń, o której pisze poeta, rośnie w sadzie, czy może na polu. Możliwe odczytania są oczywiście dyktowane przez sam tekst, ale zdarza się, że autor nie zna wszystkich ścieżek w swoim ogrodzie. Pytasz o komunikat. Otóż mam wrażenie, że mowa poetycka wiąże się z komunikacją szczególnego rodzaju, ponieważ zawsze zarysowuje się w obrębie określonej formy. Wiersz nie jest monologiem, lecz dialogiem. Wiersz mówi całym sobą.

R.R.: „W podróży do Essen” z całą pewnością wierszem jednoznacznym nie jest. Czy faktycznie pisałeś go w drodze do Essen, czy, jak podejrzewam, jest to gra językowa z łacińskim esse, lub może z niemieckim essen?

M.O.: Miło mi, że zwróciłeś uwagę na ten wiersz. Ale niech pozostanie moją małą tajemnicą, kiedy i gdzie ten utwór powstał. Jeśli chodzi o możliwe tropy interpretacyjne, to twoje skojarzenia są jak najbardziej trafne. Essen to nazwa miejscowości w Niemczech, ale i forma niedokonana czasownika „jeść”. Łacińskie słowo esse odgrywa tutaj fundamentalną rolę, ponieważ odnosi się do bycia. Z drugiej strony jedzenie i istnienie nie są od siebie znowu tak odległe. Jak powiada niemieckie przysłowie, Man ist, was Man isst, czyli: Człowiek jest tym, co je. Jedna z możliwych interpretacji tego wiersza mogłaby być zatem następująca: dziecko przyjmuje w siebie śmierć, której doświadcza, ale nie potrafi się odnaleźć w jej kulturowych maskach.

R.R.: Co ten wiersz mówi o tobie?

M.O.: Z mojego punktu widzenia ten wiersz opowiada o dziecięcej traumie związanej ze śmiercią bliskiej osoby. Ale do niejasnego wspomnienia przekradł się wątek z dorosłego życia. Mięso na talerzu jest mięsem zwierzęcia. W zestawieniu ze śmiercią człowieka zwierzę zyskuje nowy status metafizyczny. Napięcie rodzi się na styku światła i ciemności, upalnego dnia i uroczystości pogrzebowych, pożywnego posiłku i zwierzęcego ciała. Jeść znaczy istnieć. Ale znaczy też: zabijać. Na ten utwór można spojrzeć także z szerszej perspektywy. Narodziny i śmierć to dwa punkty, między którymi człowiek porusza się w ciągu życia. Nie wiem, czy ludzkie istnienie bardziej jest określone przez dzieciństwo, jak chciał Freud, czy może przez śmierć, jak sugerował Heidegger. Wiem natomiast, że we mnie samym mieszka dziecko, które boi się śmierci, ale jednocześnie w jakiś dziwny sposób jej pragnie.

R.R.: Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2011, s.115-116.]

Teraz czytasz:

Mieszka we mnie dziecko, które boi się śmierci.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.