B-Sides & Rarities

wtorek, 29 maja 2012 | Komentarze zostały wyłączone.

„To wszystko dzieje się naprawdę”. Powyższe zdanie, kończące jeden z wierszy Łukasza Jarosza, doskonale oddaje charakter wydanego niedawno tomiku pt. Spoza (Olkusz 2011), gdzie poeta zebrał wiersze z lat 1999-2010, które nie znalazły dla siebie miejsca w poprzednich książkach. Jednak wbrew temu, czego można by się spodziewać, Spoza nie jest wcale tomikiem słabszym niż pozostałe, a my możemy jedynie pozazdrościć poecie możliwości wyboru nie tylko pomiędzy dobrym a lepszym, ale w dużej mierze także pomiędzy bardzo dobrym a bardzo dobrym. 
Łukasz Jarosz po raz kolejny potwierdza, że na tle „modnych” dzisiaj dykcji jest (i zawsze był) poetą osobnym, nie kokietującym czytelników zbędnymi poetyckimi sztuczkami, językowymi gierkami, ale zawsze uważnym i wsłuchanym w siebie obserwatorem rzeczywistości. I trudno się nie zgodzić z Romanem Honetem, który zwraca uwagę — wielokrotnie to podkreślając — na wiarygodność tych wierszy, na ich wysokiej próby autentyczność. Wierzę poecie mówi nam autor baw się już w tytule posłowia chyba trochę niepotrzebnie, bo po zakończonej lekturze najzwyczajniej w świecie trudno tym wierszom nie wierzyć. 
„Z szafy/ wyjmuję stare przedmioty/ i układam na stole/ stwarzam sobie świat/ dotykalny” pisze Jarosz w otwierającym tomik wierszu pt. Dom jest pusty. To bardzo charakterystyczny fragment w kontekście całego zbioru, gdzie wszystko jest realne, dotykalne właśnie i, powiedzmy, na wyciągnięcie ręki. Można odnieść wrażenie, że dla poety rzeczywiste jest jedynie to, czego może dotknąć, niejako ustanowić, w pustej przestrzeni metaforycznego domu, w którym żyje, a który również jest przestrzenią zamkniętą. Jest tutaj bezpiecznie i znajomo, choć — jak pisze wcześniej w tym samym wierszu — „wiatr szarpie drzwi/ rozdmuchuje kurz”. Wszystko co złe wydaje się pochodzić z zewnątrz: „ciemność przenika szyby, unieruchamia/ rozrzucone przedmioty” (patrz wiersz Echo), a przecież „poeta jest w sobie najdalej (…)./ Chce widzieć świat jak olbrzymi dom” (Tren), a więc zawłaszczyć i oswoić jak najwięcej przestrzeni, stworzyć i urządzić ją dla siebie na nowo. 
To, co jest na zewnątrz zdaje się być obojętne wobec poety, gdy ten opuszcza „dom”: konie na pastwisku (por. wiersz ***, Już nie przy jeziorze, lecz dalej…), wygnieciony namiotem fragment trawy, który powraca do swojego pierwotnego kształtu i stapia się z otoczeniem (por. wiersz This mortal coil), dając do zrozumienia, że wszędzie jest się tylko gościem, czy też skaczące po kałużach komary, szum skrzydeł (nietoperzy?) przecinających powietrze, gdy podmiot liryczny siedzi przy ognisku. Wszystko żyje swoim życiem. Gdzieś obok, a jednak niepokojąco blisko. 
Niepokojąco blisko jest w Spoza także śmierć. I choć kilkukrotnie bywa przywoływana dosłownie (por. wiersze Chrestomatia, This mortal coil), najciekawiej prezentują się utwory, w których jest tzw. bohaterem drugiego planu, szarą eminencją wiersza. Jarosz, umiejętnie kadrując poetycki obraz, pozwala mówić mu za niego, jak w wierszu o incipicie Chciałem nazywać cię jedynym życiem…, gdzie „na znalezionym/ zdjęciu rentgenowskim wyraźnie widać/ kruchą, ciemną kreskę pęknięcia”. Tutaj złe działa „od wewnątrz”, burząc porządek, dzięki któremu możliwe jest trwanie. Wspomniane w wierszu konkretne, jednostkowe pęknięcie przekłada się na rozpad całego świata, który jest pokłuty (a więc także naznaczony skazą, pęknięciem) i „szamoce się/ w mroźnym powietrzu”. Na podobnej zasadzie zbudował autor wiersz o incipicie Będziesz tak odchodzić całe życie, choć tutaj fotografia jest próbą zatrzymania tytułowego odchodzenia, a śmierć to potłuczone szkło, połamany plastik i długie ślady hamowania, symbolizujące również, jak w wierszu wspomnianym wyżej, rysę, rozpad, pęknięcie. 
Realność śmierci, przeczucie najgorszego i nieodwracalnego, poeta po mistrzowsku ukazał w wierszu pt. Jadąc samochodem do szpitala powiatowego, gdzie podmiot liryczny nagle zatrzymuje samochód i mimo padającego deszczu wychodzi na zewnątrz, ponieważ dociera do niego myśl, że „to wszystko dzieje się naprawdę” (bardzo sugestywna i poruszająca puenta, która zostaje w czytelniku na długo po zamknięciu książki). W kontekście powyższych spostrzeżeń, owo „wyjście na zewnątrz” można zinterpretować jako próbę stawienia czoła nieznanemu, złu, które — podobnie jak śmierć — jest niepokojąco blisko, tuż za progiem wspomnianego już wyżej, metaforycznego domu. 
Domem dla Jarosza staje się także na kartach Spoza szpital. W wierszu pt. Dom Chleba poeta jest w nim zadomowiony, znajduje stałe punkty odniesienia, powtarzalne rytuały, dzięki którym może czuć się bezpiecznie, bo jest „tu wciąż tak samo”. To bezpieczeństwo jest jednak iluzoryczne. W przeciwieństwie do Betlejem (z heb. dosł. Dom Chleba), które miało być miejscem narodzin Chrystusa, szpital sprawia wrażenie przedśmiertnej poczekalni. Czas jest jak kruszejący gips (piękna metafora, którą autor po raz kolejny dotyka rozpadu, burzenia), a „rybak po nocnych łowach tłuste sieci płucze”. 
Kim jest wspomniany rybak? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Może to być śmierć, która zabiera oczekujących na nią ze szpitalnej poczekalni, ale może być to także Bóg, który — w przeciwieństwie do śmierci — zabiera stąd do lepszego życia. Ale bez względu na to, kto zabiera, zabiera na zewnątrz, poza to co znane i, choćby nawet w niewielkim stopniu, to jednak oswojone. 
Słowo „Bóg” pojawia się w tomiku Jarosza zaledwie dwukrotnie. W wierszu Chrestomatia, gdzie „szepcze w rany” oraz w wierszu pt. Flauta, gdzie czytamy: „Bóg wciąż pyta/ Dlaczego mam być sprawiedliwy/ Dlaczego mam być logiczny/ I wtóruje mu drzewo i lis/ Co to znaczy dobry/ Co to znaczy uczciwy”. W tym krótkim fragmencie poeta zaszywa między słowami także inne pytania. Czy powinniśmy w ogóle pytać o sens boskich decyzji, skoro są one i zawsze będą dla nas nieodgadnione, usytuowane daleko poza naszą zdolnością postrzegania i rozumienia? Jaki sens ma odnoszenie ludzkiego aparatu pojęciowego do Boga, jeśli aparat ten nie wystarcza nawet do uporządkowania naszych ziemskich spraw? Niech za odpowiedź wystarczy w tym miejscu tytuł wiersza, z którego pochodzi cytowany fragment. 
Jak w każdej dobrej książce poetyckiej, także i tutaj znajdziemy dużo więcej pytań niż odpowiedzi; pytań, które prędzej czy później każdy z nas będzie musiał lub zdążył już sobie zadać. I choć są to pytania o rzeczy często ostateczne, Jarosz zadaje je odważnie i wprost, bez poezjowania, bez zbędnej dialektyki i demagogii. Konkretnie. Każde słowo ma tutaj swój przedmiot: klamkę, chmurę, owoc (por. wiersz Epilog), a świat jest jak najbardziej dotykalny (patrz wiersz Dom jest pusty). 
Gdybym miał posłużyć się na koniec bliską autorowi terminologią muzyczną, określiłbym tomik Łukasza Jarosza jako coś w rodzaju B-Sides & Rarities. Spoza zawiera wszystko, co takie wydawnictwo zawierać powinno. Smaczki. Całą masę smaczków, którymi z wielką przyjemnością będą się delektować miłośnicy talentu poety, a ci, dla których będzie to pierwsze zetknięcie z tą poezją, z pewnością zechcą sięgnąć po więcej.

Łukasz Jarosz, Spoza, Biblioteka Galerii Literackiej przy GSW BWA w Olkuszu, Olkusz 2011.

[prwdr.: „Topos”, nr 3/2012, s. 186-188]

Teraz czytasz:

B-Sides & Rarities.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.