Kuriozalny love song

piątek, 20 lipca 2012 | Komentarze zostały wyłączone.

Lekkość, z jaką pisze Tomasz Bąk, jest uzależniająca. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego czekałem na debiutancką książkę poety z Tomaszowa Mazowieckiego. Starając się być na bieżąco z jego twórczością, śledząc publikacje w pismach literackich i sukcesy w prestiżowych ogólnopolskich konkursach poetyckich, ciekawiło mnie niezmiernie, w jaki sposób te świetne skądinąd wiersze odnajdą się w swoim sąsiedztwie. Po lekturze Kanady mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wciąż mają się znakomicie. Wątki zazębiają się, dzięki czemu zyskują dodatkowe, polifoniczne (kakofoniczne niekiedy) brzmienie — by posłużyć się bliską autorowi muzyczną metaforą.
Co z tego interesującego debiutu zamieścić w cyklu Jeszcze zdarzają się wiersze? Ostatecznie zdecydowałem się na utwór tytułowy, będący chyba najbardziej charakterystycznym dla całej książki, którą serdecznie polecam czytelnikom.


Kanada

Wyobraź sobie kolejne warstwy cieknącego lodowca, śnieg
w październiku, grudniu, styczniu, lutym i marcu

— martwy naskórek, a pod nim zwierzęta wypchane białą śmiercią.
Inuici mają ponad czterdzieści określeń na śnieg, a my

musimy wspierać się wyrazami powszechnie uznawanymi za obraźliwe.
Wyobraź sobie kieszonkowy słownik, a w nim tegoroczną zimę, minę


przeciwpiechotną i kredyt konsolidacyjny, wszystko pod hasłem:
wrzód na tyłku o przedłużonym terminie ważności.

Potem kładziesz się w pościeli miękkiej jak papier toaletowy, śnisz
nowomowę i widzisz ludność cywilną zamiast pomyłki, trzydzieści ciał

w workach zamiast incydentu. Autor z miejsca podaje się do dymisji,
bo ileż można pisać o potopach i o tym, że spadł śnieg, tyle śniegu,

że nawet dzieci nie wiedzą co z nim zrobić. Wobec zimy zwykły chuj
wydrapany na szybie starego, źle zaparkowanego forda escorta

wydaje się być żartem w stylu angielskim. W butach i kurtkach,
nie w Polsce i zadumie. A teraz pomyśl, że też możesz być zwiastunem

— mieścić się w granicach, lecz myślami być już na zewnątrz.


Robert Rutkowski: „Kanada” to, moim zdaniem, najbardziej reprezentatywny wiersz dla wydanego właśnie przez WBPiCAK twojego debiutanckiego tomiku. Czy to szczególnie ważny dla ciebie utwór, skoro dał tytuł książce?
 
Tomasz Bąk: Ważny, być może najważniejszy — na pewno w jakimś sensie przełomowy dla mnie, ale też kluczowy dla recepcji większości późniejszych tekstów. Napisałem go jakoś na początku marca 2010 roku, w bardzo burzliwym (co już jest zabawne) momencie i zdaje się, że miał mi nawet pomóc (śmieszne, prawda?), ale ostatecznie jako gromnica sprawdził się nieszczególnie. Teraz prawdopodobnie napisałbym go trochę inaczej, bo jest nieco „pancerny”, kwadratowy, niektóre sformułowania są może nieco niezręczne...
 
R.R.: Skoro już przy tytułach jesteśmy: dlaczego właśnie „Kanada”? Pytam nie tylko w kontekście wiersza, ale także całego tomu. Miejski słownik slangu definiuje Kanadę jako „menelskie” określenie miasta lub (zamożnego) osiedla, gdzie w śmietnikach i wokół nich da się znaleźć wszystko, co potrzebne do przeżycia, np. żywność, ubranie, złom na sprzedaż itp. Do takiej Kanady wyrusza się jak najwcześniej, możliwie przed przyjazdem śmieciarki. Przyznaję, że przez taki właśnie pryzmat czytam ten wiersz (i książkę). To trochę taki spacer po wysypisku, gdzie trudno znaleźć jakąś „całość”, najczęściej widać tylko fragmenty rzeczy, obrazów, myśli. Tędy droga czy trochę nadinterpretuję?

T.B.: Fragmentaryczność jest  dobrym kierunkiem. To dla mnie jedyny możliwy klucz do zrozumienia współczesnego świata — choćby najbardziej szerokokątny obiektyw nie jest w stanie objąć wszystkiego, skoro nawet filozofia porzuciła swoje systemowe, holistyczne zapędy. Nie sądzę natomiast, by wszystkie śmieci z Kanady miały trafić bezpośrednio do spalarni. Moja poetycka propozycja jest naturalnie zmienna w czasie, postrzegam ją jako pewien proces i niektóre z tych idei będę jeszcze przetwarzał, bo kilka miejsc aż błaga o kropkę czy ciąg dalszy. Inne natomiast, i tu pełna zgoda, skończą jak ogryzki wiaduktów ery Gierka.
 
R.R.: Chodziło mi bardziej o uratowanie właśnie tych strzępów rzeczywistości przed „śmieciarką” i spalarnią. No właśnie, poezja — w twoim rozumieniu — ocala?
 
T.B.: Byłoby być może i miło, ale... nie mam zamiaru tego sprawdzać. Jeżeli nawet tak jest,  wtedy to się po prostu dzieje. Trudno byłoby jakkolwiek w tym pomóc czy temu zapobiec — to  jest chyba słynna „klauzula woli siły wyższej”. Zresztą, gdybym już musiał w tej kwestii strzelać, to nie wiem, czy akurat w obronie własnej, jeśli wiesz, o co mi chodzi... Twoje pytanie ma taki lekko „religijny” wymiar (przynajmniej tak je odbieram) i w tej akurat kwestii podeprę się Lemem: tylko w niewzywanej boskości można pokładać ufność... Nie będę zatem tej konkretnej funkcji poezji testował, bo nie widzę takiej potrzeby. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie żyjemy w czasach przesadnie ostatecznych — w każdym razie nie ja.
 
R.R.: Wróćmy może jeszcze na chwilę do interpretacji tytułu…
 
T.B.: Podoba mi się przywołana definicja, układa się podejrzanie blisko Kanady oświęcimskiej, która też funkcjonowała jako pozornie lepszy świat; lepszy, ale za jaką cenę? Jest trochę jak utopia witająca przyjezdnych chlebem, solą w oku i szokiem kulturowym, udawaną ziemią obiecaną — mityczną Kanadą, która w bliższym kontakcie okazuje się Kanadą pod Bełchatowem. O tym też są te wiersze i ten konkretny wiersz: o próbach ucieczki i późniejszym odnajdowaniu się w różnych, dziwnych miejscach, o telepaniu się od punktu A do punktu B. Nie jest to jednak uberultymatywna, jedynie słuszna odpowiedź. Jest wiele „dobrych kierunków”, nie chcę jednak zdradzać już nic więcej. Każda próba tłumaczenia wiersza jest w jakimś sensie okradaniem czytelnika, za co jak najserdeczniej przepraszam.
 
R.R.: „Kanadę” czyta się dobrze. Z wersu na wers wsiąkając w świat przedstawiony, szybko poddałem się żonglerce obrazami, by zostać wytrąconym z rytmu doskonałą, zaskakującą puentą. Kiedy pisałeś ten wiersz, miałeś już tę puentę w głowie, czy zaskoczyła cię podobnie jak mnie? Kiedy zaczynasz pisać, wiesz doskonale, co chcesz powiedzieć, czy — cytując Michała Murowanieckiego — „dryfujesz na frazie”, nie wiedząc, dokąd zaprowadzą cię słowa?
 
T.B.: Sprawdziłem to w papierach i nie udało mi się znaleźć żadnych śladów puenty we wcześniejszych zapiskach, więc najprawdopodobniej po prostu tak wyszło. Pisanie w moim przypadku przypomina nieco podróże; wprawdzie każda z nich powinna mieć punkt wyjścia i cel, ale jeśli jest inaczej, to tym śmieszniej. Niektóre z tekstów noszę ze sobą tygodniami czy miesiącami i dopiero po odpowiednim przetrawieniu jestem w stanie nadać im konkretną formę, inne, jak np. „Woalka [Praxis]”, budzą mnie w środku nocy i nabierają kształtów w mniej niż siedem minut. Jeszcze innym daję się prowadzić slalomem między frazami. Tak zdaje się było z „Kanadą”. Zdecydowanie częściej jednak to ja kontroluję wiersz, nie lubię być „miotłą” poezji.
 
R.R.: „Miotłą”?
 
T.B.: Robotnikiem najemnym / niewykwalifikowanym pracownikiem fizycznym, zatrudnionym na stanowisku nie dość, że podłym, to jeszcze z natury służebnym / podniebnym, międzychmurnym artystą oczekującym na „kapnięcia” weny... Jak by tego nie nazwać, dla mnie akurat bardziej korzystna wydaje się koncepcja samoorganizacji w tradycji teorii i praktyki zarządzania, nawet jeśli brzmi to miejscami przerażająco. Innymi słowy: nie lubię, gdy ktoś / coś mi dyktuje, wolę działać według filozofii DIY [do it yourself  — zrób to sam — przyp. R.R.].
 
R.R.: Co mówi ten wiersz o tobie?
 
TB: Cóż, to najbardziej kuriozalny love song, jaki w życiu popełniłem. „Kocham Cię, ale jestem straszliwym frajerem” wrzucone w sam środek cholernego zlodowacenia, przemarznięty świadek czołowego zderzenia z zaspą. Utwór spisany w poczuciu absolutnej beznadziei, zwieńczony puentą, która miała być kursorem na brzuchu pajacyka (jeśli nie wymazaniem końca, to przynajmniej wydarzeniem na miarę nowej ery). Nie była. Tylko tyle i aż tyle.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2012, s. 120-121]

Teraz czytasz:

Kuriozalny love song.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.