Słowo na niedzielę: Henry David Thoreau

niedziela, 25 listopada 2012 | Komentarze zostały wyłączone.

W domu miałem trzy krzesła — jedno dla samotności, drugie dla przyjaźni, trzecie dla towarzystwa. Gdy odwiedzała mnie niespodziewanie większa grupa gości, mogłem im wszystkim zaproponować tylko to trzecie krzesło, lecz oni na ogół pozostawali w pozycji stojącej ze względu na oszczędność miejsca. Zadziwiające, ile wielkich mężczyzn i kobiet może pomieścić mały dom. Pod moim dachem bywało po dwadzieścia pięć, trzydzieści dusz wraz z ciałami, a jednak rozstając się, nie zdawaliśmy sobie często sprawy z tego, że tak się do siebie zbliżyliśmy. Wiele naszych budynków, zarówno użyteczności publicznej, jak i prywatnych, mieszczących niemal niezliczone apartamenty, olbrzymie westybule i piwnice, w których przechowuje się wina i inne zapasy gromadzone w czasie pokoju, jest moim zdaniem przesadnie przestronnych jak na potrzeby ich mieszkańców. Są tak ogromne i wspaniałe, że ci ostatni zdają się ledwie robactwem, które się w nich roi. Skoro herold wzywa wszystkich obywateli do stawienia się na piazza przed budynkiem Tremont, Astor czy Middlesex, ze zdziwieniem stwierdzam, że skądś wypełza i skrada się śmieszna mysz, która niebawem znów chyłkiem się skryje w jakiejś dziurze w chodniku.
W moim tak małym domu zaznaję niekiedy tylko jednej niewygody: gdy wraz z gościem zaczynamy wypowiadać wielkie myśli wielkimi słowami, trudno mi odsunąć się od niego na dostateczną odległość. Myślom potrzeba przestrzeni, aby mogły złapać wiatr w żagle i przed dotarciem do portu popłynąć jednym czy dwoma kursami. Zanim kula twojej myśli dosięgnie ucha słuchacza, musi zapanować nad odrzutem w bok i rykoszetem oraz obrać ostateczny i stały tor, albowiem w przeciwnym razie może słuchaczowi przeorać bok głowy. Wypowiadane przez nas zdania również potrzebowały przestrzeni, aby w przerwie mogły się rozwinąć i uformować w kolumny. Między jednostkami, podobnie jak między narodami, muszą istnieć odpowiednio szerokie naturalne granice, a nawet spory pas ziemi neutralnej. Rozmowa z towarzyszem, który stał po przeciwnej stronie stawu, była dla mnie niezwykłym luksusem. W domu przebywaliśmy tak blisko siebie, że nie potrafiliśmy zacząć słuchać — nie umieliśmy mówić dostatecznie cicho, aby być słyszanym; podobnie jak dwa kamienie rzucone w spokojną wodę tak blisko siebie, że ich kręgi fal się zderzają. Jeżeli jesteśmy ledwie gadatliwymi i hałaśliwymi rozmówcami, możemy pozwolić sobie na to, aby stać bardzo blisko siebie — głowa przy głowie — i czuć wzajemnie swoje oddechy; gdy jednak nasze wypowiedzi są powściągliwe i głęboko przemyślane, chcemy się znajdować dalej od siebie, ażeby całe zwierzęce ciepło i wilgoć miały szansę z nas wyparować. Jeżeli pragnęlibyśmy się cieszyć najbardziej intymnym towarzystwem tej części swojej własnej osoby, która pozostaje bardziej na zewnątrz lub powyżej nas samych, i z nią rozmawiać, nie tylko musimy zachować milczenie, lecz także w miarę taką fizyczną odległość, abyśmy nie mogli słyszeć nawzajem swoich głosów. Zgodnie z tą normą, mowa istnieje dla wygody tych, którzy nie dosłyszą, aczkolwiek krzykiem nie jesteśmy w stanie wyrazić wielu subtelności. Skoro rozmowa zaczynała przybierać bardziej podniosły i wspaniały ton, stopniowo odsuwaliśmy krzesła coraz dalej od siebie, aż docieraliśmy z nimi w przeciwległe kąty, po czym już w ogóle brakowało miejsca.

Henry David Thoreau, Walden, przeł. H. Cieplińska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1999, s. 157-158.

Teraz czytasz:

Słowo na niedzielę: Henry David Thoreau.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.