Słowo na niedzielę: Gottfried Benn

niedziela, 13 stycznia 2013 | Komentarze zostały wyłączone.

Znów robi się tak wiele dla sztuki, żaden wieczór w piwiarni nie może się obejść bez jej przedstawicieli, panowie literaci powoływani są na stanowiska w ministerstwach, cytuje się brzegi Arno. Ze swojej strony chciałbym wystąpić z przyczynkiem numerycznym, z kalkulacją, rozumową analizą wykazującą, ile podczas swojego życia summa summarum zarobiłem swoim pisaniem i poezjowaniem. Publikując swój pierwszy tekst, miałem 25 lat, w tym miesiącu skończyłem lat 40, podliczyłem więc bardzo dokładnie wszystko, co kiedykolwiek w ciągu tych 15 lat otrzymałem w postaci honorariów za książki, łącznie z utworami zebranymi, felietonami, wznowieniami, przedrukami w antologiach, jednym słowem, co zainkasowałem od przemysłu papierniczego i wydawniczego: wyszło mi łącznie 975 marek.
Co się tyczy w szczególności wierszy, to w 1913 roku zarobiłem na lirycznej ulotce u mojego przyjaciela Alfreda Richarda Meyera 40 marek, podczas wojny na wierszach w czasopiśmie „Weisse Blätter” Schickelego 20 marek, po wojnie w piśmie „Querschnitt” na dwóch wierszach łącznie 30 marek, czyli w sumie na liryce 90 marek. Nie mam bynajmniej zamiaru robić porządków, jak uczyniła to Else Lasker-Schüler, moja działalność w charakterze lekarza specjalisty do dziś potrafiła mnie wyżywić. I chociaż choroby weneryczne zdają się znikać z powierzchni globu, a międzynarodowy kongres syfilidologów w Paryżu w 1925 roku ocenił regres kiły w Europie w ciągu ostatnich pięciu lat na 50 procent, to mając na uwadze dobro ogółu, nie zamierzam oskarżać Ehrlicha-Haty. Jest to, jak się rzekło, tylko kalkulacja dotycząca pisania i filozofowania, refleksja na temat sztuki i życia, i źródła kastalijskiego.
Zanim przejdę do dalszych rozważań, muszę poczynić pewną uwagę. Dla postawionego tutaj pytania nie ma żadnego znaczenia, czy jako osobowość pisarska jestem przeceniany, czy niedoceniany. Chodzi tu wyłącznie o statystykę, a mianowicie o rzecz następującą:
Za te 975 marek jestem przetłumaczony na język francuski, angielski, rosyjski, polski i wszedłem do kilku antologii w Ameryce, Francji i Belgii. W minionym roku ukazały się w Paryżu, na ile mi wiadomo, artykuły czy wzmianki o mnie w „Nouvelles littéraires”, „Volonté”, „L'opinion républicaine”. W artykule Francuza Reber przeczytałem recenzję jakieś francuskiej książki, zajmującej się literaturą niemiecką, którą to książkę autor ocenił negatywnie, bo nie zajmowała się ona takimi postaciami jak na przykład ja. W swoim wykładzie na Sorbonie pan Soupault zaliczył mnie do pięciu największych poetów nie tylko w Niemczech, ale w ogóle w Europie. W którymś tygodniu bieżącego marca otrzymałem z Paryża esej o sobie, odwiedziła mnie też pewna warszawska dziennikarka celem przeprowadzenia wywiadu, a z Moskwy nadeszła prośba, abym przysłał swoje zdjęcie wraz z życiorysem w związku z jakąś międzynarodową wystawą sztuki. W niemieckich podręcznikach literatury uchodzę za jednego z prominentnych poetów ekspresjonizmu, radio poświęciło mi „godzinę żywych” razem z i w przeciwieństwie do – sit venia comparationi – Stefana Georgego, pewna gazeta napisała o mnie z tej okazji: „jedna z największych postaci naszej epoki”.
Porównam teraz te 975 marek z zarobkami innych pracowników artystycznych i umysłowych. Dobra tancerka solistka otrzymuje w operze państwowej za wieczorny występ 300 marek, średnio prominentna aktorka filmowa zarabia 400 marek dziennie, pierwszy skrzypek letniej orkiestry na jakim takim poziomie dostaje 1500 marek miesięcznie, dyrygent kapeli w kinie Marmorhaus 4000 marek. Nie chcę sie porównywać z niektórymi etatowymi aktorkami o wielkich nazwiskach, ale ograniczonym talencie, które mają zagwarantowane 2000 marek miesięcznie, nawet nie myślę o pieniądzach redaktorów naczelnych, intendentów, prezesów banków, o tantiemach posłów zasiadających w radach nadzorczych, lecz wystarczy, że wspomnę o lirycznym tenorze z Królewca i wykonawcy partii Wotana z Karlsruhe z ich dwoma czy trzema tysiącami marek miesięcznej gaży, żebym jako jedna z największych postaci tej epoki wypadł ze swoimi 4 markami 50 miesięcznie zdecydowanie niekorzystnie.
Ale, jak się rzekło, nie skarżę się na ten stan. Skarżyć się nań znaczyłoby oskarżać ustrój społeczny, ale ustrój społeczny jest dobry. Proszę wziąć pod uwagę tę rasę, która z mroków dąży ku jasności, całkiem bez lęku przed rewanżem światła. Ci politycy i ministrowie – czegóż oni nie zgnoją retorycznie od cudu zielonoświątkowego po apokalipsę, a kiedy umierają, jakież osobliwe i pogrążone w głębokiej żałobie firmy zamieszczają poświęcone im nekrologi. Ci herosi literaccy – codziennie wywiad – czy ktokolwiek sądzi, że zapytani o Kukirola albo krwawienia hemoroidalne, wypowiadaliby się z mniejszym poczuciem własnej ważności? Te pisma artystyczne: „Nad czym pan pracuje?”, na co ci poczciwcy opowiadają o swoich ideałach twórczych, czyniąc to tak, że w porównaniu z ich wynurzeniami odpowiedź jakiegoś porządnego szewca, zapytanego o jego kopyto, byłaby tworem głęboko ludzkim. Te intelektualnie subtelne pytania: „W którym rozdziale pozwala mu pan zazwyczaj przejść z nią na ty?”, i żaden z ankietowanych nie przesyła ankieterowi w odpowiedzi wydzieliny swoich oskrzeli w pudełku od zapałek – nie, ja chcę w dalszym ciągu leczyć zastrzykami trypra, mieć dwadzieścia marek w kieszeni, żadnych bolących zębów, żadnych odcisków, reszta jest już wspólnotą, a tej unikam.
Czy może coś za nią przemawia? Na przykład Kleist, kiedy pod Machnow posłużył się pistoletem samopowtarzalnym, albo wuj Fritz u schyłku życia. Pozdrowienia z Sils-Marii, kiedy u swojej siostry zapuścił brodę, albo Weininger, albo te moritury na Kalwarii, ocet na migdałkach, a stopy opłakiwane przez dwie stare baby –: na wieczory w piwiarni z tymi panami! Machnow, Golgota, Naumburg, wszystko za 4 marki 50 miesięcznie, ale ty marsz do tych swoich tryprów i co miesiąc wiersz! Wiersz to niepłatna praca umysłu, font perdu, rodzaj akcji na worku piasku: jednostronnej, do niczego nie prowadzącej i bez partnera –: evoë !

Gottfried Benn, Summa summarum, [w:] Nigdy Samotniej i inne wiersze, tłum. J. St. Buras, Biuro Literackie, Wrocław 2011, s. 176.

Teraz czytasz:

Słowo na niedzielę: Gottfried Benn.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.