Poeta z licencją na poprawianie

czwartek, 21 lutego 2013 | Komentarze zostały wyłączone.

Mam wrażenie, że Piotr Grobliński znany jest uczestnikom łódzkiego życia kulturalnego bardziej jako felietonista portalu Reymont.pl (cykl „Kij w mrowisku”) i gospodarz spotkań literackich odbywających się cyklicznie w Łódzkim Domu Kultury, niż jako poeta. Wynika to być może z tego, że publikuje niezwykle rzadko, tym bardziej więc każde jego literackie wystąpienie z własnym materiałem zasługuje na uwagę. Pretekstem do naszej rozmowy stała się opublikowana niedawno książka poetycka pt. Inne sprawy dla reportera (Wydawnictwo Kusiński, Łódź 2012) oraz otwierający ją wiersz o incipicie „nasze życie jest obliczone”.


* * *

nasze życie jest obliczone
na cztery psy

pierwszy tak się składa
zdycha gdy jesteś na wakacjach
ojciec bierze na siebie
jego śmierć

drugi umiera sam
nie masz akurat czasu
by mu pomóc płaczesz
dopiero gdy go chowasz w ziemi

trzeciego długo wozisz po
weterynarzach choć wcześniej
raczej się śmiałeś z tanich
egzaltacji

z czwartym starzejecie się razem
spacerując coraz wolniej coraz
głośniej gadając do siebie
na ulicy

nasze życie jest obliczone
na cztery psy
jest oblizane


Robert Rutkowski: Inne sprawy dla reportera, twój najnowszy, piąty już, tomik ukazuje się po siedmiu latach od wydania poprzedniego – Festiwale otwartych balkonów. Publikujesz książki poetyckie średnio co 5-8 lat. Nie za rzadko, by zadomowić się w świadomości czytelników poezji? Z tego, co wiem, w ogólnopolskiej prasie literackiej również jesteś nieobecny. Dlaczego?

Piotr Grobliński: Piszę bardzo mało, a i tak z większości wierszy nie jestem zadowolony. Tomik co siedem lat to dla mnie odpowiedni rytm. W ogóle uważam, że wierszy, książek, filmów, muzyki ukazuje się za dużo. I tak, w najlepszym przypadku, zostaną po nas trzy, może cztery utwory. Oczywiście nie wiemy, które trzy, więc trzeba próbować, ale bez przesady… By zadomowić się w świadomości czytelników, nie wystarczy produkować w poetyckiej fabryce na trzy zmiany.

R.R.: Zgadzam się, chociaż byłbym ostrożny z tym „za dużo”. Większa ilość produkcji zwiększa ich różnorodność, choć – oczywiście – nie zawsze przechodzi w jakość. Ale to przecież czytelnik, widz, słuchacz wybiera propozycje dla siebie najatrakcyjniejsze. Chciałbyś mu to odebrać?

P.G.: Po pierwsze, gdzie są ci czytelnicy czekający na setki moich wierszy? Po drugie, gdy w sklepie staję przed półką z piętnastoma rodzajami majonezu, to nie dokonuję żadnego wyboru, tylko sięgam po pierwszy lepszy słoik. W środku i tak jest mniej więcej to samo. Zauważ, że nazwałeś swoją rubrykę „Jeszcze zdarzają się wiersze”. Czyżbyś miewał wątpliwości? W Internecie są miliony wersów, dokładanie swoich cegiełek do tego labiryntu tylko zmniejsza szanse czytelnika na odnalezienie drogi do tych nielicznych, które są ważne.

R.R.: Kiedy zapraszam autorów do rozmowy, wiem z kim i o czym chcę porozmawiać. Nie biorę pierwszej z brzegu książki i nie sądzę, aby każdy miał mi do powiedzenia mniej więcej to samo. Czytelnik / konsument zawsze dokonuje wyboru, choć nie zawsze może zdawać sobie sprawę, co nim kieruje... No właśnie, idealny czytelnik poezji Piotra Groblińskiego to…

P.G.: Piękna, inteligentna, wrażliwa, oczytana kobieta z poczuciem humoru. Ostatecznie może być facet z przynajmniej jedną z wyżej wymienionych cech.

R.R.: Jesteś kierownikiem i redaktorem coraz prężniej rozwijającego się wydawnictwa Kwadratura. Stykasz się z różnymi propozycjami wydawniczymi. Przeszkadza ci to w pisaniu, czy wręcz przeciwnie, stymuluje?

P.G.: Trochę przeszkadza, bo zabiera czas i wolne miejsce w umyśle, ale też pomaga – czasami coś sobie podkradnę. W wierszu, o którym rozmawiamy, pierwsza linijka jest z Kacpra Bartczaka. Przeczytałem u niego, że „nasze życie jest obliczone” i zastanowiło mnie, jaką miarą można je mierzyć, w jakich jednostkach. Bycie redaktorem stymuluje też w tym znaczeniu, że powinienem swoimi tekstami udowodnić, że sam potrafię. Te wiersze są swoistą legitymacją, taką zawodową licencją na poprawianie.

R.R.: W cyklu „Jeszcze zdarzają się wiersze” postanowiłem zamieścić utwór, którym rozpoczynasz Inne sprawy dla reportera. Pamiętam, że czytałem ten tekst jakiś czas temu w „Kalejdoskopie” (Łódzki Informator Kulturalny i Turystyczny Łodzi i Województwa Łódzkiego – przyp. R.R.) i od razu bardzo mi się spodobał. Jak się okazuje, nie tylko mnie. Wiem, że  powstało wiele komentarzy na jego temat…

P.G.: Trzydzieści lat piszę wiersze i pierwszy raz spotkałem się z tak żywym odzewem. Dzwonią do mnie obcy ludzie, znajomy malarz podarował mi w podzięce za przyjemność lektury swój obraz, właściciel klubu oprawił rękopis i powiesił na honorowym miejscu przy barze. Powstała nawet parodia autorstwa młodszego kolegi po fachu, co też jest jakąś formą poświęcenia wierszowi uwagi. Jak widać, zainteresowały się też „Arterie”…

R.R.: Pamiętasz okoliczności powstania tego wiersza?

P.G.: Nietrudno zgadnąć, że początkiem był koniec. Musiałem uśpić psa, trzeciego w moim życiu. Powinienem pomyśleć o następnym, choćby z uwagi na bezpieczeństwo domu, ale na razie nie mogę się zebrać. Każdy następny przypadek jest trudniejszy. Pomyślałem, że dam radę jeszcze najwyżej raz. Może każdy ma jakąś dawkę przywiązania, radości, bólu przeznaczoną na całe życie. I ten zapas po trochu wykorzystuje. Oczywiście wiersz powstał dużo później, musiałem go w sobie donosić.

R.R.: Siła nie tylko tego wiersza, ale również większości z zamieszczonych w twojej nowej książce, tkwi w prostocie. Niosą refleksje na temat codzienności zgrabnie przyprawione szczyptą gorzkiej ironii, czasem drobnych złośliwości, to znów są cierpliwie wpatrzone w siebie, poszukujące siebie w języku. No właśnie, według ciebie świat dzieje się w języku, czy język dzieje się w świecie?

P.G.: Ta prostota to cel, który trudno nieraz osiągnąć. Trzeba się dużo naskreślać. Marzę o pisaniu wierszy, w których pod pierwszą, niejako oczywistą, warstwą kryją się następne. W tekście, o którym rozmawiamy, gdzieś pod tym prostym schematem konstrukcyjnym coś się dzieje. Na przykład zmieniają się określenia śmierci…

R.R.: Ten tekst również niejako porządkuje całą książkę. Czy można zaryzykować stwierdzenie, że dalsze wiersze tomiku są rozwinięciem sposobu patrzenia na śmierć zawartego w kolejnych strofach otwierającego go utworu?

P.G.: Raczej patrzenia na życie w perspektywie śmierci. Następne części to kolejne epoki w życiu człowieka: dzieciństwo, dorastanie, dorosłość, starość. I cztery psy towarzyszące nam w tej podróży.

R.R.: Wróćmy jeszcze do poprzedniego pytania dotyczącego języka…

P.G.: Język to wielkie zagadnienie metafizyczne. Nie jestem filozofem ani nawet językoznawcą, ale postaram się odpowiedzieć. W drugim rozdziale Księgi Rodzaju jest opis stworzenia, w którym Bóg przyprowadza do Adama wszystkie zwierzęta, by ten nadał im imiona. Niesamowite, gdy to sobie wyobrazimy. Jeszcze bardziej niesamowite, gdy zastanowimy się, co to znaczy. Dla mnie to jest odpowiedź na twoje pytanie. Człowiek jest –  poprzez język – współtwórcą świata. On istnieje, trwa, dzieje się niezależnie od nas, ale to my, dzięki umiejętności nazywania, wydobywamy z chaosu sens, odczytujemy i dopełniamy stworzenie. Przypomnij sobie początek „Łąki” Bolesława Leśmiana. Kto ją stwarza z poszczególnych kwiatów i traw? Człowiek, wymyślając samo pojęcie. Fizyka uczy, że wszystko wokół to tylko taniec elektronów. Ale ich układy tworzą przecież większe całości, wyodrębniane przez człowieka. Język też ma dwóch autorów. Człowiek wymyślił konkretne języki, lecz samą zdolność tworzenia językowych znaków, język jako pewną zasadę, dostał w prezencie. To wielki, boski dar. Jestem zwolennikiem teorii o wrodzonym charakterze języka.

R.R.: Nie mogę nie zapytać. Jakie w takim razie imiona nosiły twoje psy?

P.G.: Amor (pudel), Sara (wilczur) i Rejent (duży kundel). Miałem jeszcze psa o imieniu Pasztet, ale uciekł do dawnego pana (był wzięty ze schroniska).

R.R.: Przyznam, że nie do końca rozumiem ostatni wers tego wiersza. Dlaczego oblizane? Co chciałeś powiedzieć poprzez tę puentę?

P.G.: A jednak nie taka prosta ta moja poezja. Według mnie ta puenta to połowa wartości wiersza. Jest niepokojąca, zakłóca dyskursywny wywód, nie mówi wprost. Osadzona jest w wierszu przez związek z psami. Pies oblizuje się, gdy jest głodny, liże się, gdy jest chory, liże, gdy się cieszy lub chce pocieszyć. Z drugiej strony „pies ci mordę lizał” to delikatne przekleństwo. Więc to nasze życie krótkie, byle jakie, ale też ratowane, wyciągane z tej nędzy miłością. Te tłumaczenia psują trochę metaforę. To znak, że jest dobra, nie do opowiedzenia.

R.R.: Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 3/2012, s. 142-143]

Teraz czytasz:

Poeta z licencją na poprawianie.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.