„Spotkanie autorskie”

środa, 13 marca 2013 | Komentarze zostały wyłączone.

Jego największym problemem było chyba to, że nie potrafił odmawiać. Poza tym uważał, że skoro zapraszają go na spotkania, to znaczy, że ktoś chce go słuchać, a to już wystarczający powód, by się zgodzić, chociaż nie przepadał za wieczorami autorskimi. Zwykle czuł się na nich jak małpa w cyrku.
Kiedy odebrał e-mail z zaproszeniem, nie odpisał od razu. Po pierwsze „Dom Pracy Twórczej” nie kojarzył mu się dobrze. Brzmiał jak relikt poprzedniego systemu, w którym co prawda miał szczęście żyć krótko, jednak wystarczająco długo, by wyrobić sobie zdanie na jego temat. Druga sprawa to lokalizacja. Nazwę miasta, a w zasadzie — jak się okazało, gdy wpisał ją w wyszukiwarkę — miasteczka, widział po raz pierwszy. Ponad trzysta kilometrów na południe. Wahał się. Ostatecznie przekonał go sposób, w jaki napisano e-mail: bez zbędnej waty słownej — tylko konkrety: czas, miejsce, kwota do uzgodnienia, nocleg i wyżywienie na koszt organizatora, „czekamy niecierpliwie na odpowiedź”. Cenił sobie taki sposób załatwiania interesów. Odpisał równie krótko i rzeczowo.
Na miejsce dotarł spóźniony. Z sekretariatu Domu Pracy Twórczej, który odnalazł bez większych problemów, pokierowano go w dół ulicy Głównej, nad rzekę, gdzie odbywał się festyn i gdzie, jak go zapewniono, był już dość niecierpliwie oczekiwany. Szedł niemal pustą ulicą w stronę muzyki, która stawała się coraz wyraźniejsza i z każdym krokiem bardziej irytująca, aż zobaczył rozpięty między drzewami ogromny transparent z napisem „Piknik Literacki”.
W pierwszej chwili chciał zawrócić albo przynajmniej wmieszać w tłum, by na spokojnie się rozejrzeć, ale było już za późno. Spod niewielkiej drewnianej sceny ustawionej nad brzegiem rzeki szło w jego stronę dwóch mężczyzn. Młodszy, około trzydziestki, przedstawił się jako Animator Kultury. Starszym okazał się Dyrektor Domu Pracy Twórczej, który poza kurtuazyjnym „Bardzo się cieszymy, że pan do nas przyjechał”, milczał. Animator pokazał, gdzie można zostawić rzeczy na czas spotkania, i zaczął trochę niepewnie:
— Panie Tomaszu, mam taki pomysł… Bo, wie pan, cały czas szukamy jakieś nowej formuły spotkań autorskich, że nie samo czytanie, ale coś więcej, jakaś ilustracja, jakiś, wie pan, happening, performance towarzyszący poezji… I tak sobie pomyślałem, jak czytałem pańską książkę… Bo niektóre z tych wierszy są dość hermetyczne… I pomyślałem sobie — tu zawiesił głos i spojrzał badawczo Tomaszowi w oczy — że może mógłby pan je przeczytać ze słoika…
— Ale… że jak… ze słoika? — wymamrotał Tomasz, próbując zyskać na czasie i zorientować się, czy nie jest to przypadkiem jakiś miejscowy żart.
— No, normalnie — odpowiedział natychmiast trochę bardziej już ośmielony Animator, zerkając na stojącego obok Dyrektora. — Przygotowaliśmy taki duży słoik, który zjechałby na pana, kiedy zająłby pan już miejsce na scenie. Taka, wie pan, metafora, że hermetyczne, rozumie pan… Ludziom będzie się podobało. Mam nadzieję, że się pan zgodzi. Włożyliśmy w to z Dyrektorem bardzo dużo pracy.
Dyrektor wykrzywił usta w odwrócone U i pokiwał głową z aprobatą.
— Kiedy moje wiersze nie są wcale hermetyczne — odpowiedział Tomasz. Zdawał sobie sprawę, jak absurdalnie musiało to w tym kontekście zabrzmieć, ale nic rozsądniejszego nie przyszło mu do głowy.
— Są, są. Niech mi pan wierzy, że są. Ja się na tym znam, więc wiem.
— Niech mu pan wierzy, on się na tym zna, więc wie — powtórzył Dyrektor, robiąc znów swoje odwrócone U i kiwając głową.
Zanim Tomasz zdążył jakoś zareagować, Dyrektor pchnął go lekko w górę drewnianych schodów prowadzących na scenę.
Kiedy zajmował miejsce przy niewielkim stoliku, Animator nie szczędził komplementów, przedstawiając go publiczności jako zdolnego i obiecującego młodego poetę.
— A skoro o obietnicach mowa… — Animator uniósł rękę, dając znak dwóm potężnie zbudowanym mężczyznom stojącym w głębi sceny, którzy chwycili za swobodnie zwisające liny.
Tomasz uniósł głowę i zobaczył nad sobą ogromny szklany słój, który zakołysał się delikatnie. Jak to się mogło stać, że nie dostrzegł go wcześniej? Zdawkowe oklaski ucichły i oczy wszystkich z widowni przeniosły się z siedzącego bez ruchu Tomasza na opuszczany powoli słoik.
Stłumiony dźwięk ciężkiej szklanej masy dotykającej drewnianej podłogi sprawił, że Tomasz poczuł się odrobinę nieswojo, ale też odetchnął z ulgą, że ten dość ryzykowny manewr ma już za sobą. Przez moment miał wrażenie, że siedzi w kompletnej ciszy, zupełnie oddzielony od natrętnych dźwięków muzyki, skwierczącego grillowanego mięsa i głośnych wybuchów czyjegoś piskliwego śmiechu, który powtarzał się z niepokojącą regularnością, jakby był puszczany z taśmy.
Otworzył książkę na wierszu, którym zwykle zaczynał spotkania i spojrzał na publiczność. Nie dostrzegł żadnej charakterystycznej twarzy. Wszystkie były doskonale nijakie i podobne do siebie, jakby na widowni siedziała jedna kilkudziesięcioosobowa rodzina.
Kiedy już chciał się przywitać i przeprosić za spóźnienie, zorientował się, że statyw z mikrofonem został na zewnątrz. Wskazał skinieniem głowy na mikrofon i spojrzał na Animatora, ale ten tylko ponaglił go ruchem ręki, żeby już zaczynał.
Pierwszy wiersz Tomasz przeczytał możliwie cicho, zerkając co jakiś czas w stronę widowni i choć publiczność wyglądała na dość skupioną, nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy go w ogóle słychać, czy może owo skupienie podyktowane jest niecodziennością sytuacji, w której się znajdował.
Mimo całej absurdalności tego obrazka, który spróbował sobie teraz wyobrazić z perspektywy widowni, pomyślał, że ogólnie nie jest aż tak źle, że w zasadzie jeszcze tylko parę minut i będzie po wszystkim. Napije się zimnego piwa, zadzwoni do żony i powie, że było naprawdę ekstrawagancko.
W połowie piątego wiersza zrobiło się jednak wewnątrz słoika dość duszno. Tomasz oddychał coraz ciężej i coraz intensywniej się pocił. Przerwał czytanie i pomachał w stronę widowni, próbując zasygnalizować, że coś jest nie tak, ale publiczność — jeśli nie liczyć tych kilku osób, które odruchowo mu odmachały — nie reagowała. Spojrzał na Animatora, ten jednak tylko uniósł w górę kciuk, dając do zrozumienia, że wszystko jest w porządku.
Ale nie było. Było coraz gorzej. W końcu Tomasz nie wytrzymał i podszedł do ściany słoika zwróconej w stronę widowni i spokojnie, ale stanowczo poprosił, by go uwolniono, jednak znów nikt nie zareagował. Publiczność przyglądała się w milczeniu, jak ponawia prośbę po raz drugi, potem kolejny, aż wreszcie zaczyna krzyczeć „Powietrza!”, uderzając pięściami w wilgotne szkło. Dopiero teraz zrozumiał, że od początku nie było go słychać.
Obraz z każdą sekundą stawał się coraz bardziej rozmyty i Tomasz nie potrafił jednoznacznie stwierdzić, czy widzi niewyraźnie przez zaparowane ściany słoika, czy zaczyna tracić przytomność. W pewnej chwili poczuł, jak krew uderza mu do głowy i upadł na deski sceny.
Próbował jeszcze kilkukrotnie otworzyć oczy, ale wszystko widział jak przez mgłę, jakby przed oczami przesuwały się urywane kadry ze starych, czarno-białych filmów. Głosy były głuche i stłumione. Jedyny dźwięk, który słyszał wyraźnie, był biciem jego serca. Wiedział, że musi chwycić się kurczowo tego dźwięku i skupić na nim. Nagle poczuł chłód. Otworzył usta i łapczywie próbował zaczerpnąć jak najwięcej powietrza. Przypominał rybę wyciągniętą z wody.
Kiedy podjął kolejną próbę otwarcia oczu, zobaczył pochylające się nad sobą niewyraźne kształty dwóch mężczyzn.
— Co pan myśli, Dyrektorze? — zapytał Animator, klękając przy Tomaszu i przykładając dwa palce do szyi, starając się uchwycić puls.
— Spotkanie, jak spotkanie. Ogólnie w porządku. Tylko aktorsko słabo. Mało wiarygodnie. Trzeba zapraszać prozaików, kolego. Wytrzymują zdecydowanie dłużej. Halo! — zawołał w stronę pracowników, którzy teraz odczepiali i zwijali liny przy przewróconym słoju — zanieście pana do biblioteki.

[prwdr.: „Czas Kultury”, nr 5/2012, s. 83-85]

Teraz czytasz:

„Spotkanie autorskie”.

Szczegóły:

Komentarze zostały wyłączone.