Dekorowanie ciemności

środa, 5 lutego 2014 | Komentarze: 0

Łukasza Jarosza czytam regularnie od 2007 roku, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością. Było to za sprawą wydanego nakładem Biura Literackiego znakomitego tomiku pt. Biały tydzień. Do dzisiaj pamiętam dwa zdania pochodzące z wiersza „Pętla literatury (kolęda)”, które wówczas wydały mi się bardzo bliskie: „Chciałbym to już mieć za sobą./ Chciałbym, żeby to było już napisane”. Być może podczas naszej rozmowy autorowi Białego tygodnia również przypomniał się ten fragment, gdyż jego niechęć do udzielania wywiadów jest niemal równie duża jak talent. Tym bardziej więc miło mi gościć na łamach cyklu Jeszcze zdarzają się wiersze tego poetę. Przed Państwem Łukasz Jarosz i wiersz pochodzący ze zbioru Pełna krew pt. „Płótna”. 


Płótna

Wieczór, zajrzałem do córki: śpi, oddycha
powoli i spokojnie. Wiersze są nieme.

Wiersze są nieme. Ostatnie kilka lat wypełniłem
karmieniem zwierząt i dokładaniem do pieca.

Wieczór, otarłem czajnik z tłuszczu, leżę
w mroku, przykrywam się kurtką.

Za firanką wiatr zrywa gałąź, błyska odległa burza,
zaczyna się dekorowanie ciemności.


Robert Rutkowski: Kiedy zaproponowałem ci rozmowę, nie od razu się zgodziłeś, tłumacząc to niechęcią do wywiadów. Kiedy już się zgodziłeś, prosiłeś, by wywiad nie był długi. Nie lubisz rozmawiać o sobie i swoich wierszach? 

Łukasz Jarosz: Nie lubię udzielać wywiadów z prostego powodu – uważam, że nie mam zbytnio nic mądrego do powiedzenia. W tych paru wywiadach, których udzieliłem przez kilka ostatnich lat zawiera się wszystko, co mam do powiedzenia, czyli raczej nic takiego ważnego. Wydaje mi się, że ważniejsze są wiersze i wolę na nich się skupiać. Według mnie po prostu lepiej czytać moje teksty niż wywiady.

R.R.: Jak jest w takim razie ze spotkaniami autorskimi? Godzisz się na nie równie niechętnie, jak na wywiady, czy ograniczasz się podczas nich w dużej mierze do czytania wierszy?

Ł.J.: Raczej odmawiam spotkań autorskich. Jeżeli już, to tu, na miejscu, w Olkuszu. Wolny czas wolę spędzić z rodziną, przyjaciółmi, niż gdzieś jeździć. To wcale nie znaczy, że lekceważę moich czytelników, raczej właśnie przez szacunek do nich chcę ich zostawić samych tylko z moimi wierszami.

R.R.: Kiedy wybieram się na spotkanie autorskie z poetą, chciałbym spotkać drugiego człowieka, dowiedzieć się, kim jest, co myśli, czego nie powiedział w wierszach, do których przecież mogę sobie w dowolnej chwili sięgnąć. Wydaje mi się, że to naturalna ciekawość, niebędąca wyłącznie moim udziałem. Nie masz tak, że gdy zainteresuje cię czyjaś twórczość, chcesz się dowiedzieć więcej o autorze?

Ł.J.: Oczywiście, że tak jest. Jednak czasem zdarza się, że potem żałuję, iż spotkałem się osobiście z autorem, którego twórczość ceniłem. Może lepiej tego unikać, nie ryzykować. Jako że współpracuję z Galerią Literacką przy BWA w Olkuszu, miałem okazję spotkać się z prawie całą „śmietanką” literacką współczesnej poezji i prozy. Jedyna znajomość, jaka z takich spotkań pozostała i przemieniła się w przyjaźń, to więź z Romkiem Honetem. Mamy podobny pogląd na wiele spraw (nie tylko literackich). Dorastaliśmy na podobnych prowincjach.

R.R.: Jakiś czas temu pisałem recenzję Spoza dla „Toposu” i uderzyło mnie wówczas, że wiersze tam zawarte nie są wcale słabsze od tych z pozostałych tomików – jak można by się spodziewać po zbiorze, w którym zdecydowałeś się opublikować teksty, które nie zmieściły się w poprzednich książkach. Co tobą kieruje przy wybieraniu wierszy do książki? Jakie są kryteria wyboru? Pytam, bo w Spoza jest kilka naprawdę znakomitych tekstów. Niektóre z nich uważam nawet za lepsze niż te, z którymi ostatecznie przegrały miejsce w tomikach.

Ł.J.: Spoza jest zbiorem wierszy, które nie weszły do innych tomów z różnych względów: bądź nie pasowały mi do tematyki książki, ogólnego zamysłu, bądź do historii przedstawionej i przeżywanej. Uważałem również, że teksty do Spoza są słabsze, czasem niedokończone, kulawe. Może się myliłem? Nie wiem, nigdy nie będę wiedział. Odbiorca sam ustanawia hierarchię ważności. Olgerd Dziechciarz namówił mnie, żeby zebrać to, co zostało i tak oto powstała książeczka, która teraz ma drugie wydanie rozszerzone, z kilkoma kolejnymi odrzutami.

R.R.: Przyznałeś się kilka miesięcy temu Olgerdowi Dziechciarzowi na łamach „Kwartalnika Powiatu Olkuskiego”, że masz już ponad czterdzieści gotowych wierszy. Czy to znaczy, że możemy lada moment spodziewać się twojej nowej książki?

Ł.J.: Obecnie mam sześćdziesiąt wierszy do nowej książki. Mam już tytuł, okładkę, prawie wszystko. Za jakiś czas może uda się ją wydać.

R.R.: „Za jakiś czas” w myśl zasady, że wiersze muszą swoje odleżeć, żebyś mógł nabrać do nich jeszcze większego dystansu, czy zastanawiasz się po prostu nad wydawcą?

Ł.J.: Mam umowę ze Znakiem. Jeżeli nie zdecydują się na wydanie mojej nowej książeczki, będę szukał innego wydawcy. Chciałbym ją wydać w 2014 roku, więc wierszyki jeszcze trochę poleżą, coś tam pewnie jeszcze będę zmieniał.

R.R.: Zdradzisz mi chociaż tytuł nowego tomiku?

Ł.J.: Świat fizyczny. To będzie moja najlepsza książka.

R.R.: W „Płótnach”, pochodzących z tomu Pełna krew, znajduję niemal wszystkie konstytutywne cechy twojej poetyki, w której zdają się dominować prostota wypowiedzi i precyzyjny komunikat. Jesteś w swoich książkach bardzo wiarygodny, a to chyba jedno z ważniejszych osiągnięć dla poety uprawiającego, nazwijmy to umownie za Berezą, życiopisanie. Czy istnieje jakaś granica prywatności, której wiersz nie może przekroczyć? I czy jest takie miejsce, po przekroczeniu którego „wiersze są nieme”? 

Ł.J.: No widzisz, czytelnik sam określa to, co ważne w wierszach, on nadaje im sens. Ja widzę „Płótna” jako jeden z wielu wierszy. Mało tego, wydawało mi się zawsze, że ten tekst jest taki sobie. Ważniejsze wydawały mi się inne wiersze z Pełnej krwi. „Wiersze są nieme” – nie wiem, dlaczego tak napisałem i co to do końca znaczy. Pamiętam jedynie, że w starym, zimnym domu, który wynajmowałem, zabrakło prądu, poszedłem więc wcześniej spać, lecz zanim zasnąłem, zapisałem te kilka zdań. A odnośnie przekraczania prywatności – również nie wiem, gdzie, w którą stronę pokieruje mnie wiersz, gdzie przekroczy tę granicę. Moje pisanie jest często bardzo intuicyjne, podskórne i dlatego czasem dla mnie niezrozumiałe. Może właśnie dlatego nie lubię o nim rozmawiać, ponieważ nie potrafię się z tej poezji do końca wytłumaczyć.

R.R.: Pięknie się w takim razie nie rozumiesz... Zastanawiam się teraz, po tym co powiedziałeś, jaki masz stosunek do swoich wierszy po ich opublikowaniu. Nie zależy ci zupełnie na tym, jak będą interpretowane, co krytycy / czytelnicy będą próbowali ci wmówić, że miałeś na myśli, skoro, jak powiedziałeś przed chwilą, czytelnik sam określa to, co jest ważne w wierszach. On nadaje im sens? 

Ł.J.: Po wydaniu wierszy już w ogóle o nich nie myślę, zapominam o nich. Dzieje się tak także dlatego, że nim książka zostanie wydana, ja już mam kilka, kilkanaście nowych wierszy i myślę o tych najnowszych. Dawno nie wracałem do starych utworów (pewnie dlatego, że nie uczestniczę w tych spotkaniach autorskich), teraz zajmuje mnie głównie nowy tom. Wciąż go redaguję, zmieniam, poprawiam, dopisuję nowe teksty, układam w całość.

R.R.: Czy kiedy zaczynasz pisać, masz już gotowy wiersz i przelewasz go po prostu na papier, czy dajesz się prowadzić bliżej nieokreślonej intuicji i sam do ostatniej chwili nie wiesz, jak wiersz się skończy? 

Ł.J.: Czasem jest tak, że gdzieś idę, coś robię i po chwili mam już sklecony w głowie, praktycznie gotowy wiersz. Czasem znowu jest tak, że mam tylko jedno zdanie, jeden wers, który każe mi pociągać za sobą następne, chce rosnąć. Zawsze mam ze sobą notatnik i notuję, jeśli coś mi wpadnie do głowy. Dzisiaj znajdują się w nim na przykład zdania z wczoraj, ale również sprzed 10 lat, które czekają na swoją kolej. Z wierszem „Płótna” było chyba tak, że napisałem go od razu, pod wpływem chwili, jakiegoś stanu, półsnu. Jakoś tak.

R.R.: Czy poezja dla ciebie to właśnie takie „dekorowanie ciemności”, nagły błysk, który powoduje, że piszesz, czy w pewnym sensie już (po sześciu zbiorach wierszy) praca?

Ł.J.: Czasem napisanie wiersza zajmuje mi dwie minuty, czasem i dziesięć lat. Są teksty, w których jakieś cząstki zostały napisane dawno temu i dopiero teraz odnajdują się z innymi nowymi zdaniami, różnie z tym jest. Myślę, że każdy poeta tak ma. Czasem jest to ciężka praca, czasem błysk. Sam widzisz, że nie powiedziałem nic odkrywczego.

R.R.: Czekam zatem niecierpliwie na twoją kolejną książkę. Dziękuję za rozmowę.

Ł.J.: Dzięki!

[prwdr.: „Arterie”, nr 2/2013, s. 142-143]

Teraz czytasz:

Dekorowanie ciemności.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...