Wierzę w analogową rzeczywistość

piątek, 4 kwietnia 2014 | Komentarze: 2

Sławomira Płatka miałem przyjemność poznać w 2011 roku podczas Festiwalu Pisz i Śpiewaj Poezję, gdzie chyba jako jedyny z zaproszonych poetów umiał tak znakomicie nawiązać kontakt z publicznością. Nam, pozostałym uczestnikom Festiwalu, dał się z kolei poznać jako człowiek obdarzony dużym, sarkastycznym niekiedy, poczuciem humoru, co z pewnością uda się w kilku miejscach dostrzec czytelnikom jego zbioru wierszy pod tytułem Awaria migawki. Nikogo nie powinien dziwić więc fakt, że jest on artystą mile widzianym i chętnie zapraszanym na wiele imprez poetyckich organizowanych w kraju. Z autorem Bez imienia udało mi się porozmawiać zaraz po jego powrocie z jednego festiwalu, a tuż przed wyjazdem na kolejny.


repryza

Odkąd pojawiła się fotografia cyfrowa, robienie zdjęć straciło sens.
Michał P., brat autora


człowiek przechodzący przez kadr zostawia
ciemny ślad na kliszy
chodź przyjacielu spróbujemy powoli naświetlić
rzeczy subiektywne przez obiektyw bez retuszu grubym ziarnem
zasiejemy strach głęboko w monochromatyczny wieczór wypłyniemy na papierze
kąpanym w etanolu
przekonamy się ile jest w ciemni tych śladów które
każdy widzi inne ale słowa niech wychylają się z bieli
a brunatne postacie nikną w zaułkach w dokumentach tylko to jest pewne
ktoś kiedyś będzie szukał śladów


Robert Rutkowski: „Repryza”, o której porozmawiamy, to wiersz pochodzący z twojej drugiej książki poetyckiej pod tytułem Awaria migawki. No właśnie, drugiej czy trzeciej?

Sławomir Płatek: Sam nie wiem. W Awarii… jest taki zupełnie wędrujący podmiot liryczny, jeśli Anna Kalina Modrakis nie jest mną, to i ten tomik nie jest mój, bo i tam się wypowiada mnóstwo ludzi, którzy nie są mną, w tym bodajże jedna kobieta. Ale fakt, tym razem podpisałem się swoim nazwiskiem.

R.R.: Co cię skłoniło, żeby wcześniejszy tomik wydać pod pseudonimem?

S.P.: Było to pisanie zupełnie obce temu, co dotąd tworzyłem. Starałem się myśleć jak kobieta. W pewnym momencie poczułem, że to będzie dużo zabawniejsze, jeśli faktycznie imputuję sobie nową tożsamość. Mój język i wyobraźnia dużo na tym skorzystały. Używam tego, czego wtedy się nauczyłem, ale Anna Kalina to wciąż nie ja, nawet jeśli w pewnym momencie utożsamiłem się z nią mentalnie.

R.R.: W trakcie lektury zwróciłem szczególną uwagę na dwa wiersze, wspomnianą „repryzę” oraz „Reiner Kunze czyta wiersze w Poznaniu”, być może dlatego, że Kunze niejako patronuje tej rubryce (to właśnie z jego utworu pochodzi fraza „Jeszcze zdarzają się wiersze”, która dała tytuł temu cyklowi rozmów). Zastanawiałem się, który z tych wierszy wybrać. Ty nie miałeś wątpliwości.

S.P.: „Reiner Kunze czyta wiersze w Poznaniu” to tekst trudny do omówienia, a w tomiku ma rolę kontrapunktu, „oddechu”, bocznej ścieżki z tego samego źródła, lecz prowadzącej tam, gdzie chce zajść czytelnik, a nie tam, gdzie ja go prowadzę. Współgra z konstrukcją książki, ale „repryza” to jeden z punktów kluczowych.

R.R.: Dokąd zatem Sławomir Płatek prowadzi swojego czytelnika w „repryzie”?

S.P.: Do specyficznego miejsca, w którym człowiek jest fragmentem większej konstrukcji. Po jednej stronie jest tak zwany system, po drugiej – sumienie, zwątpienie, ale też wszystko, co pozytywne – wiara, celowość. To jedna z osi całej książki: Czym jest człowiek pomiędzy tym wszystkim? Oczywiście można to rozciągać na szersze zjawiska niż jednostkowe. Można też pójść jakimś swoim tropem – starałem się „otworzyć” ten wiersz.

R.R.: Nie obawiasz się, że zbyt przestronne „otwieranie” wierszy wywiewa komunikat, który chciałeś w nich zawrzeć? 

S.P.: Nie, nie obawiam się, bo aż tak ich nie otwieram. Furtki są dla tych, którzy sami zdecydują, że nie zamierzają podążać za autorem. Nie chcę, żeby w tym momencie czytanie wierszy straciło dla nich sens. Mają alternatywę albo nawet kilka. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, co naprawdę chciałem mu powiedzieć, i jest wnikliwym czytelnikiem, sądzę, że to znajdzie. Jeśli ktoś ma inny pomysł na czytanie mojej poezji – daję sporo pretekstów do ucieczki. Zamykam oczy i udaję, że nie widzę, jak się ludzie wymykają. Posadziłem dookoła tego tomiku kilka hektarów lasu, w którym naprawdę wszystko może się zdarzyć.

R.R.: Pamiętasz okoliczności powstania tego wiersza?

S.P.: Złożyło się na to kilka rozmów, przemyśleń, parę filmów i wieczorów w dość podłych lokalach. Pisałem go przez prawie rok i wciąż czułem, że czegoś brakuje. Kiedy poczułem, że skończyłem – przestałem grzebać. Czyli można powiedzieć, że pamiętam okoliczności, chociaż są dość rozwlekłe.

R.R.: Sporo wydaje się i nagradza ostatnio tomików opartych na tak zwanym pisaniu intuicyjnym. Wiersze czyta się dobrze, ale niejednokrotnie sam autor nie potrafi powiedzieć, o co mu właściwie chodziło. Mam wrażenie, że u ciebie komunikat / przekaz gra pierwsze skrzypce, forma jest całkowicie podporządkowana treści, co doskonale widać podczas lektury całego tomiku. Czy panując w taki sposób nad materią poetycką, jesteś w stanie jeszcze siebie zaskoczyć w wierszu, czy jest on już skończony w momencie, w którym zaczynasz go zapisywać?

S.P.: Jestem wielkim fanem pisania intuicyjnego i sam je uprawiam, choć rzadko. To za łatwe. Tak pisałem, będąc Anną Kaliną Modrakis i przez chwilę było zabawnie. Mógłbym to robić dalej i coraz lepiej, ale to cholernie nudne, jak opychanie się w kółko czekoladą i kebabem. Czasy mamy takie, że każdy może pisać, jak chce, byle dobrze. Nie można oceniać literatury za to, jak przystaje do jakiejś doktryny, choćby była najbardziej na fali. Ja w każdym razie stawiam sobie większe wymagania niż śliczna paplanina, choćby była nie wiem jak gustowna. Z drugiej strony staram się „otwierać” wiersze. Nie powinno być w nich czytelnikowi ciasno, chciałbym, żeby pozostawały czytelne na płaszczyźnie znaczeń, ale też nastrojów, intuicji – i żeby otwierały ścieżki, do których same się udają, nawet beze mnie. Jeśli wiersz gdzieś się wyrywa, to niech sobie biega. Jeśli czytelnik woli się skupić na tym, co w wierszu wolne i otwarte, chcę dawać taką możliwość. Ale nie pozbawiam wiersza kręgosłupa. To chyba najtrudniejsze. Kiedy się udaje, czuję, że naprawdę coś napisałem.

R.R.: Bardzo mi się podoba w „repryzie” zdanie o naświetlaniu rzeczy subiektywnych przez obiektyw, choć niejako z góry wiadomo, że każdy zobaczy inne ślady. Skąd jednak pewność, że ktoś kiedyś będzie szukał tych śladów?

S.P.: Tak po prostu jest. Ogromna część nauki i sztuki bazuje na tym, że ludzie są pod wieloma względami tacy sami. Gdyby nie to, nie byłoby na przykład psychologii. Stąd można przewidzieć pewne rzeczy, które się staną, między innymi to, że „ktoś kiedyś będzie szukał śladów”. Jeśli chodzi o zerwanie komunikacji epok, całkowite odcięcie od ciągów kulturowych, nie tylko jestem temu przeciwny, ale po prostu w to nie wierzę. Wzorce i symbole są przekazywane mimowolnie, ludzi z różnych pokoleń wiele łączy, a wciąż istnieją i będą istnieć tłumy „detektywów” szukających swoich korzeni, punktów zaczepienia, genealogii wzorców myślowych. Dlatego warto zostawiać ślady. To jest to, o czym mówiłem przy okazji wierszy intuicyjnych. Bywały już potężniejsze rewolucje, które nie dały rady „pozamiatać” przeszłości. Nie wierzę w język, który nie komunikuje. To jest możliwe, ale tylko incydentalnie ma sens, nie nadaje się na doktrynę, a próbuje się ją z tego zrobić.

R.R.: Pessoa w Księdze niepokoju pisze: „Upadek klasycznych ideałów uczynił wszystkich potencjalnymi artystami, a przez to artystami złymi. Dopóki kryterium sztuki polegało na solidnej konstrukcji, na ścisłym przestrzeganiu reguł, niewielu próbowało być artystami i wielka część tych niewielu to artyści bardzo dobrzy. Jednak od kiedy sztuka przestała być postrzegana jako kreacja i stała się sposobem na wyrażanie uczuć, każdy może zostać artystą, bo każdy ma uczucia”. Czy motto twojego wiersza można zinterpretować w kontekście słów Pessoi?

S.P.: Nie wiem, czy w ogóle można zdefiniować artystę. To pojęcie zmieniało swój sens w dziejach. Zanim pojawiły się owe „klasyczne ideały”, też miało inne znaczenie. „Grafomania nie jest niebezpieczna, niebezpieczny jest analfabetyzm”, mówił Korczak. Problem nie pojawia się wtedy, kiedy pędzą po ulicach stada grafomanów i fotografów z „małpkami” – dobrze, niech piszą, niech fotografują… Gorzej, jeśli zanika gradacja i nie umiemy odróżnić arcydzieła od gniota. To paradoks, że w czasach skrajnego indywidualizmu upada indywidualny geniusz na rzecz fotoszopów i wierszy produkowanych zbiorowo na forach. Kiedyś była silniejsza polaryzacja, teraz panuje wszechpotężny środek, któremu się wydaje, że jest dobry, bo jest wielki. Bycie w masie wyklucza bycie w elicie. Wierzę w analogową rzeczywistość, która to weryfikuje.

R.R.: Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 3/2013, s. 133-134]

Teraz czytasz:

Wierzę w analogową rzeczywistość.

Szczegóły:

2 odpowiedzi do “Wierzę w analogową rzeczywistość”

Zostaw komentarz...