„Kwatera”

sobota, 16 sierpnia 2014 | Komentarze: 0

„Ludzie cały czas umierają, a ziemi nie przybywa” — powtarzała zwykle Maria, kiedy spotykali się przypadkiem na cmentarzu. Była dość staromodna, nie potrafiła wyobrazić sobie, że mogłaby zostać skremowana i wsunięta w jakiejś poręcznej urnie do kolumbarium, które na tle wiekowych, często zabytkowych grobów — od niedawna straszyło tutaj zbyt nachalną nowością.
Podobnie myślała jego żona. Pomimo wrodzonego praktycyzmu i zdrowego rozsądku, który tak w niej cenił, gdy tylko poruszali ten niezręczny temat, stanowczo podkreślała, że chce zostać pochowana w sposób tradycyjny. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego była w tej kwestii tak uparta. Nie podejrzewał również, że przyjdzie mu spełnić jej życzenie znacznie wcześniej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.
Odeszła nagle, a on został zmuszony do wyprawienia pogrzebu. Bliscy uprzedzali go o możliwych kłopotach związanych ze znalezieniem miejsca, udało się jednak wykupić kwaterę w mało uczęszczanej zachodniej części cmentarza komunalnego, gdzie wśród zaniedbanych nagrobków co rusz można było trafić na biało-czerwone tabliczki z napisem: „Grób przeznaczony do likwidacji z powodu niewniesienia opłaty za miejsce”.
Przez pierwsze tygodnie po śmierci żony przychodził na cmentarz niemal codziennie. Siadał na małej, rozkładanej ławce naprzeciwko grobu i długo wpatrywał się w ciąg liter i cyfr opisujących pustkę, której nie potrafił objąć. Odpowiadało mu to miejsce, oddalone od głównych cmentarnych alejek, niemal odludne, gdzie nie musiał ukrywać swojej bezsilności.
Tamtego dnia, kiedy po raz pierwszy spotkał Marię, planował wejść na cmentarz tylko na chwilę. Zobaczył ją z daleka i w pierwszej chwili wziął za jakąś znajomą, która przyszła odwiedzić grób jego żony. Gdy był już wystarczająco blisko, zauważył, że kobieta stoi przy sąsiedniej kwaterze, opuszczonej i zaniedbanej.
Bez słowa rozłożył ławkę i usiadł, po czym tradycyjnie wbił wzrok w ciąg nagrobnych liter.
Maria krzątała się obok próbując uprzątnąć przestrzeń wokół grobu, co nie było łatwe, bo od dawna nikt tego nie robił. Drażniła go jej obecność, nie potrafił się skupić. W jednej chwili cała intymność jego wizyt tutaj stłukła się, jak upuszczona przypadkiem pamiątkowa filiżanka. Wiedział doskonale, że nawet jeśli postara się ją skleić, rysy wzdłuż których przebiegały pęknięcia pozostaną i tak aż nazbyt widoczne.
— Ludzie cały czas umierają, a ziemi nie przybywa — powiedziała niespodziewanie, chyba bardziej do siebie niż do niego.
— Tak… — przytaknął z grzeczności, przeciągając samogłoskę, jakby chciał zyskać więcej czasu.
Pierwsze wrażenie zdecydowanie nie przemówiło na korzyść Marii. Była ubrana niedbale. Źle dobrane, sprane kolory wyraźnie znoszonego stroju korespondowały jednak doskonale z jej bladą cerą, na tle której wystające spod czapki kosmyki poprzeplatanych siwizną czarnych włosów wydawały się mocno nie na miejscu. To żona, której skromny, zawsze gustowny strój był jedną z rzeczy zjednujących jej przychylność i sympatię, nauczyła go zwracać uwagę na drobiazgi pozornie tylko pozbawione znaczenia. Maria wyglądała, jakby wycięto ją z fotografii przedstawiającej jakiś małomiasteczkowy rynek z czasów słusznie minionych. Była od niego zdecydowanie starsza, to nie ulegało wątpliwości, nie potrafił jednak powiedzieć, ile lat ich dzieliło. Na jej korzyść przemawiało wyłącznie to, że nie miała makijażu. „Kobiety w pewnym wieku nie powinny się już malować — to jednocześnie i śmieszne, i straszne” — powtórzył w myślach słowa żony.
Maria najwyraźniej potraktowała owo przeciągnięte „a” jako zaproszenie do rozmowy, bo po chwili wylał się z jej ust rwący potok słów. Zaczął żałować swojego grzecznościowego przytaknięcia. W ciągu kilku minut dowiedział się o niej tylu zbędnych rzeczy, że nie mógł przestać pytać samego siebie, czym zasłużył na tak ogromny kredyt zaufania. Rola w jaką mimowolnie wszedł zaczynała go coraz mocniej uwierać. Chciał wstać i odejść, ale nie potrafił zdobyć się na odwagę, by jej przerwać.
W ciągu kolejnych tygodni spotykali się na cmentarzu regularnie. Przypuszczał, że Maria bywa tu nawet częściej niż on. Rozmawiali coraz swobodniej i zastanawiał się czasem, czy ktoś obserwujący ich z boku uwierzyłby, że dopiero co się poznali, połączeni troską o sąsiadujące ze sobą groby. Mimo początkowej niechęci do intruza wchodzącego z butami w jego rytualne wizyty, zauważył, że teraz wypatruje jej, gdy tylko przekracza bramę cmentarza. Obecność Marii stawała się dla niego czymś w rodzaju buforu bezpieczeństwa. Przekonywała go, że istnieje coś poza pracą, samotnym przesiadywaniem tutaj i codziennym upijaniem się w czterech ścianach dusznego pokoju, pełnego nieruszanych od chwili śmierci rzeczy żony.
Chociaż historie opowiadane przez Marię nie były zbyt zajmujące, a chwilami dłużyły się jak latynoamerykańskie telenowele, przywykł do nich. Gdy nie udawało mu się z nią spotkać, czuł się zawiedziony. Musiało mu wtedy wystarczać szukanie znaków jej obecności: coraz większej połaci wypielęgnowanej ziemi wokół grobu, odciśniętych śladów butów, które nauczył się rozpoznawać bezbłędnie.
Gdy nie zastawał Marii, co zdarzało się niezwykle rzadko, siadał na rozkładanej ławce próbując poukładać swoją wiedzę na jej temat. Okazywało się, że jest ona dość fragmentaryczna. Dziwiło go, że można mówić tak wiele, a w istocie powiedzieć tak mało. Wiedział na pewno, że kwaterę tę kupiła od swojej sąsiadki, która wyjechała na stałe do Anglii, gdzie od dawna mieszkały jej dzieci. Teraz, kiedy zaczynało im się układać, postanowiły ściągnąć matkę do siebie. Maria nie była przekonana do tego zakupu, ale siła argumentów znajomej ostatecznie wzięła górę. „O pewne sprawy należy zadbać za życia, kochanieńka. Nikt tego za nas nie zrobi, a już tym bardziej za ciebie” — przedrzeźniała piskliwy głos sąsiadki, gdy o tym opowiadała. „Jesteś pierwsza, do której przychodzę, ale musisz wiedzieć, że ludzie pytają. Każdy tylko czeka na taką okazję, bo to jest dobry grób, bez wilgoci. Aż żal go zostawiać. No, normalnie okazja, moja droga, O-KAZ-JA”.
O swojej córce Maria wspomniała tylko dwa razy, dlatego tak mocno utkwiło mu to w pamięci. Mówiła o niej bardzo oficjalnie i oschle, nie zdrabniając nigdy jej imienia. Kiedy próbował dopytywać, natychmiast zmieniała temat. Aleksandra, jak wywnioskował umiejętnie łącząc strzępki posiadanej wiedzy, mieszkała z mężem i dwójką dzieci na przeciwległym krańcu miasta i nie utrzymywała kontaktów z matką od lat. Nie odważył się zapytać o przyczyny tej zimnej wojny. Z tonu głosu i mimiki, która zdradzała więcej, niż Maria zapewne by chciała, domyślał się, że musiało to być coś, co mimo upływu czasu nie przestawało boleć. Próbował wyobrazić sobie, jak to jest żyć ze świadomością, że ktoś drogi (najdroższy?) staje się nagle obcy i obojętny. Musiały się przecież przypadkiem mijać na ulicy, widywać w supermarketach, w przychodniach. Miasto nie było aż tak duże, a los bywa zwykle wyrachowany.
Ze zdziwieniem stwierdził, że tak naprawdę to było wszystko, co mógł o niej powiedzieć. Kwatera kupiona okazyjnie od sąsiadki i wspomniana mimochodem córka to były fakty, reszta rozmywała się w komentarzach na tematy bieżące lub historiach z przeszłości, w które często nie do końca wierzył.
Kiedy po kilku dniach odwiedził cmentarz, nie poznał sąsiedniego grobu. Zniszczoną, porosłą mchem płytę nagrobną zastąpił czarny granitowy nagrobek. Skromny, pozbawiony zbędnych ornamentów grób połyskujący w popołudniowym, wczesnojesiennym słońcu wydał mu się nawet gustowny. Ziemia wokół nosiła jeszcze wyraźne ślady pracy kamieniarza. Już miał się zbierać, kiedy zobaczył w oddali Marię. W miarę jak się zbliżała, coraz wyraźniej widział, że coś było inaczej. Odniósł wrażenie, że wygląda lepiej niż zwykle, młodziej. Z pewnością nie była to wyłącznie zasługa podkreślającego figurę szykownego czarnego płaszcza, który zastąpił puchową jesienną kurtkę.
Przywitali się i Maria, jak to miała w zwyczaju, zaczęła mówić. Opowiadała o nowym nagrobku: o tym, jak nie mogła się zdecydować, bo wybór był ogromny; że skoro ma trochę wolnej gotówki, to lepiej nie odkładać tego do nie wiadomo kiedy; że teraz grób wygląda o wiele ładniej i nie musiałaby się za niego wstydzić, gdyby nagle umarła i by ją w nim pochowano; że różnice w cenach ogromne; i takie czasy, że trzeba wszystkim patrzeć na ręce…
Po kilku pierwszych zdaniach przestał słuchać. Cały czas uważnie ją obserwował próbując znaleźć element burzący wizerunek, do którego zdążył już przywyknąć. I wtedy to zobaczył. Maria miała makijaż. Delikatny, ledwie dostrzegalny, ale „robiący różnicę”, która zdecydowanie działała na jej korzyść. Doszedł do wniosku, że wcale nie musi być od niego dużo starsza. Jej twarz nie była już pozbawiona wyrazu, a podkład skutecznie maskował widoczną dotąd aż nadto wyraźnie pajęczynę zmarszczek. Makijaż wydobył z niej coś niepokojącego, czego jeszcze nie potrafił nazwać. Zauważył też, że ufarbowała włosy. Przeszło mu przez myśl, że jeszcze kilka lat temu mogła uchodzić za całkiem atrakcyjną, dojrzałą kobietę.
Podczas kolejnej wizyty na cmentarzu nie zastał Marii. Za to na nagrobnej płycie zobaczył jej imię i nazwisko, datę urodzin i puste miejsce po myślniku tuż za nią. Szybko obliczył, że urodziła się zaledwie osiem lat przed nim. Była to kolejna z niewielu rzeczy, które mógł zapisać po stronie faktów, a nie domniemań. Brak daty śmierci wydał mu się dość przerażający. Nie umiał wyobrazić sobie siebie przychodzącego na swój przyszły grób, wpatrującego się w puste miejsce, które tylko czeka na dopowiedzenie. Jaką perwersyjną przyjemność czerpała Maria ze świadomości, że dopilnowała już niemal wszystkiego i brakuje jej teraz jedynie kropki nad „i”? Na to pytanie nie potrafił i nie chciał odpowiadać.
Grób Marii wyglądał coraz lepiej. Był nie tylko utrzymany w nienagranej czystości, co sugerowało jej częste wizyty, ale pojawiły się także dodatki: dwa granitowe wazony i wydzielone miejsce na znicze z przenośną podkładką, aby wosk nie brudził płyty.
Kilka dni przed Świętem Zmarłych zobaczył w wazonach kwiaty. Wydało mu się to, nawet jak na Marię, zbyt ekscentryczne. Postanowił porozmawiać z nią na ten temat, ale ostatecznie zrezygnował. Uznał, że byłoby to nadmierne wtrącanie się w nie swoje sprawy. Niemniej jednak widok kwiatów starannie rozmieszczonych w wazonach nie przestawał wprawiać go w zakłopotanie. Uprzątnął i umył grób żony, po czym ułożył symetrycznie wiązanki i ustawił zapalone znicze. Usiadł na ławce, żeby chwilę odpocząć i rozejrzał się wokół. Ruch stawał się coraz intensywniejszy. Zebrał śmieci do przygotowanych wcześniej foliowych worków i poszedł je wyrzucić do przepełnionych śmietników.
Zmierzając w stronę głównej bramy cmentarza postanowił raz jeszcze rzucić okiem na grób — chciał upewnić się, że wystarczająco dobrze przygotował go na zbliżające się święto, które postanowił spędzić poza miastem, by uniknąć spotkań z bliskimi. W pierwszej chwili całą uwagę skupił na sobie grób sąsiedni. Na płycie pomiędzy wazonami zapalonymi zniczami leżała pokaźnych rozmiarów wiązanka różnokolorowych chryzantem z przybraniem, a obok niej kilka mniejszych. Druga chwila niepodzielnie należała do Marii. Siedziała na ławce w czarnym kapeluszu i przeciwsłonecznych okularach. Paliła papierosa i nawet z daleka nie mógł nie zauważyć jej krwistoczerwonych ust, z których teraz wydostawał się gęsty dym, rozpływający się po chwili w chłodnym październikowym powietrzu. Niedbale rozpięty płaszcz odsłaniał czarny, obcisły golf, na tle którego połyskiwał skromny, srebrny naszyjnik. Obrazu dopełniała spódnica przed kolana i buty na wysokich obcasach. Po raz pierwszy dostrzegł na jej palcu pierścionek i ozdabiający nadgarstek, mocno rzucający się w oczy — srebrny zegarek. Wyglądała dostojnie i intrygująco.
Zauważyła go, gdy był na tyle blisko, by poczuć intensywny zapach jej perfum. Uśmiechnęła się i zgasiła papierosa o podeszwę buta.
— Wiem, co powiesz — zagadnęła bez przywitania wyprzedzając jego pytanie. Zorientował się, że chyba po raz pierwszy zwróciła się do niego per „ty”. — Nie mogłam się powstrzymać. Większość grobów zaczyna wyglądać już odświętnie. Nie chciałam, żeby mój wyglądał tak, jakby nikt o niego nie dbał, jakby nikt o nim nie pamiętał… 
— Nie sądzisz, że to odrobinę, hmm… dziwaczne? — zapytał ośmielony.
— Dziwaczne jest odwiedzanie grobów bliskich raz w roku i kupowanie przy tej okazji ogromnych wieńców. Przyjrzyj się w weekend, jak żenująco będą z tym wszystkim wyglądać. Jakby chcieli kupić sobie usprawiedliwienie całorocznej nieobecności. Poznasz ich od razu po wyrazie twarzy. Taka mieszanina niezadowolenia, zdenerwowania i rezygnacji. Jak u dzieci, którym każe się odrabiać lekcje, przerywając w najlepszym momencie ich ulubioną zabawę — zawiesiła głos i spojrzała w jego stronę. — O mnie nikt tego nie powie. Jestem tu prawie codziennie. Ten grób to teraz całe moje życie.
Chciał jej powiedzieć, że przecież grób jest pusty, nie musi o nikim pamiętać, ale nie odezwał się pozwalając wybrzmieć ostatniemu zdaniu. Wsłuchany w odgłos jej obcasów stukających o bruk centralnej alejki patrzył, jak oddala się i znika mu z oczu. Tym razem rozłożył ławkę przed jej grobem i usiadł. Przyglądając się miejscu pozostawionemu na datę śmierci, przypominał sobie wydarzenia ostatnich kilku  tygodni. Dopiero chłód zbliżającego się wieczoru wygonił go do domu.
Po powrocie do miasta wybrał się na cmentarz. Już z daleka zobaczył, że nagrobek Marii był całkowicie pokryty kwiatami i okolicznościowymi wiązankami. Pomyślał, że tym razem kobieta przekroczyła granicę dobrego smaku. Gdy znalazł się bliżej grobu, zaczął jednak odczuwać niepokój. Wszystko wskazywało na to, że nie jest to kolejna fanaberia Marii, ale faktycznie kogoś tu pochowano. Przyspieszył. Kiedy dotarł na miejsce zaczął nerwowo przerzucać wiązanki zasłaniające tablicę. Przez chwilę w bezruchu wpatrywał się w ciąg nagrobkowych liter. Nic się nie zgadzało: ani imię, ani nazwisko, ani daty. Nie wiedział, co o tym myśleć. Dopiero po chwili dotarło do niego, że imię, które zastąpiło na tablicy „Marię”, było znajome.
— „Aleksandra” — powiedział do siebie i usiadł na ławce zaskoczony tonem swojego głosu. Próbował poukładać sobie w głowie możliwe scenariusze wydarzeń kilku ostatnich dni, jednak żaden nie był zadowalający.
Przedłużył urlop i przychodził na cmentarz codziennie przez dwa tygodnie, ale nie udało mu się spotkać z Marią.
Stopniowo wszystko zaczęło wracać do normy. Codzienność przyjęła go z powrotem i zarzuciła obowiązkami, których powtarzalność sprawiła, że znów zaczynał czuć się bezpiecznie. O Marii myślał sporadycznie. Jego wizyty na cmentarzu stawały się coraz rzadsze i sprowadzały się głównie do prac porządkowych. Żal i uczucie bezsensownej, niewytłumaczalnej straty, którymi się zadręczał po śmierci żony, ustąpiły pielęgnowaniu jej pamięci.
Od czasu do czasu przyglądał się sąsiedniemu grobowi. Obserwował, jak więdły i usychały ostatnie pogrzebowe wiązanki. W końcu zniknęły zastąpione przez włożony do ukruszonego u podstawy wazonu bukiet sztucznych kwiatów, który po kilku tygodniach wyglądał jakby tkwił tam od lat. Grób zaczynał nosić coraz wyraźniejsze ślady zmagań z zaskakująco zmienną, nieprzystającą do pory roku pogodą. Czas robił to, co do niego należało.

Luty 2014

[prwdr.: „Topos”, nr 4/2014, s. 88-93]

Teraz czytasz:

„Kwatera”.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...