Mówię, jak jest

czwartek, 29 stycznia 2015 | Komentarze: 0

Piotr Śliwiński na łamach „Gazety Wyborczej” nazywa wiersze Mariusza Grzebalskiego „wydarzeniem koniecznym”. To zdanie w zasadzie powinno wystarczyć za wstęp. Jest krótkie, treściwe i zawiera w sobie konkretny, nacechowany emocjonalnie komunikat, który trafia w sedno problemu. Dokładnie tak samo, jak nowa książka poetycka Grzebalskiego. W innych okolicznościach już po pierwszej lekturze każe o sobie myśleć jako o jednej z najciekawszych propozycji poetyckich, jakie miałem przyjemność ostatnio czytać. Zdecydowanie „jeszcze zdarzają się wiersze”.
Wybrałem dla Państwa wiersz zatytułowany „Przegląd prasy”, ale W innych okolicznościach polecam oczywiście w całości. Koniecznie.

Przegląd prasy

Słyszę o poetach z mojego rocznika, którzy płoną.
W każdym razie tak się o nich pisze.

Ale kiedy czytam ich przegadane wiersze,
nie widzę płomieni,
tylko przeglądające się w sobie słowa.

Jest kilka minut po szóstej, przymrozek,
zeskrobuję lód z szyb samochodu.

Wiersz wyobrażam sobie jak kiedyś,
jako coś użytecznego i prostego zarazem.

Jest jak bluza z kapturem,
którą nałożyłem przed wyjściem z domu.
Chroni od zimna, ale nie ma w niej kieszeni,
które mógłbym wypchać byle czym.

Robert Rutkowski: Nie tak dawno temu miałem przyjemność słuchać cię na żywo w Łodzi. Jak odnalazłeś się w swoim rodzinnym mieście? Masz sentyment do „miasta włókniarzy”, czy czujesz się tutaj jak gdziekolwiek indziej, bo Łodzi, którą opuściłeś, już nie ma?

Mariusz Grzebalski: Przyjechałem krótko przed spotkaniem, więc nie miałem czasu na to, żeby odwiedzić stare kąty, ale już krótki spacer po Śródmieściu uświadomił mi, jak bardzo się ono zmieniło, od kiedy wpadałem do Łodzi jako student, żeby odwiedzić babcię. To były lata 90. Do tego miejsca mam oczywiście sentyment — to miasto mojego dzieciństwa, miasto pamięci, a nie realny byt. Mojej Łodzi już nie ma, nie ma etosu robotniczego, który je tworzył. Nie ma włókniarzy, o których wspomniałeś… Moi rodzice przeprowadzili się do Poznania, kiedy miałem sześć lat, ale przez wiele lat odwiedzałem dziadków, którzy zostali w Łodzi. Spędzałem u nich część każdych wakacji. W międzyczasie większość mojej rodziny wyemigrowała do Niemiec. Teraz nie mam w Łodzi nikogo bliskiego. Ale parki Staszica, Matejki i 3 Maja to wciąż moje parki. Doły to wciąż mój cmentarz. Kiedy podjeżdżam pod blok stojący na narożniku Narutowicza i Tramwajowej, wciąż myślę o nim: mój dom.

R.R.: Spotkanie w łódzkim Domu Literatury było poświęcone twojej najnowszej książce poetyckiej pt. W innych okolicznościach. Zanim jednak przejdziemy do rozmowy o niej, chciałbym zapytać o pewien drobiazg. Kiedy podczas spotkania czytałeś wiersze, zawsze pomijałeś ich tytuły. Dlaczego?

M.G.: Od jakiegoś czasu tak właśnie robię. Podczas spotkań autorskich staram się zbudować z wierszy pewną narrację. Chcę, żeby one tworzyły podzieloną na części historię. To w sumie odwzorowanie tego, co dzieje się w książce — układ wierszy nie jest w niej przypadkowy. One wchodzą ze sobą w dialog, nawzajem się oświetlają. Żyją na swój pojedynczy sposób, ale również, a może nawet przede wszystkim, jako całość. Podczas spotkań autorskich zależy mi na tym, żeby słuchacz bezproblemowo wszedł w mój świat, w opowieść o nim. Tytuł przeczytałem tylko raz, w wierszu „Nie zastanawiałem się nad tym” — w tym wypadku jest on częścią zdania, które tworzy również trzy pierwsze wersy samego wiersza.

R.R.: Już sam tytuł twojej nowej książki każe spojrzeć na nią trochę inaczej, niż na poprzednie. Okoliczności, faktycznie, zmieniły się. Po latach współpracy rozstałeś się z Biurem Literackim. Od jakiegoś czasu jesteś także redaktorem jednej z najbardziej liczących się w kraju serii poetyckiej. Przyznajesz, że wszystkie propozycje wydawnicze, które dostajesz, czytasz osobiście. Kiedy znajdujesz czas na pisanie? A może ten czas znajduje ciebie? Piszesz wiersze czy raczej wiersze zmuszają cię, żebyś je napisał?

M.G.: Z Biurem Literackim rozstałem się po piętnastu latach współpracy. Byłem nie tylko autorem Biura, ale też redaktorem w tym wydawnictwie. Opracowałem dla Artura Burszty około dwudziestu książek, w tym kilka liczących się debiutów. Zajmowałem się dla niego „Połowem”, prowadziłem warsztaty literackie. To był świetny czas i będę go dobrze wspominać, zwłaszcza legnickie początki. Niestety, kiedy sam zdecydowałem się wydawać książki poetyckie, okazało się, że dalsza współpraca między nami nie jest możliwa. Mnie nie podobało się to, że Biuro zmienia się w fabrykę literacką, natomiast Artur zaczął mnie postrzegać jako konkurencję. Nasze rozstanie nie należało do przyjemnych, ale na szczęście nie kierujemy się w życiu resentymentem — ja nie chowam urazy do Artura, a on do mnie. Każdy z nas robi swoje i staramy się nie wchodzić sobie w paradę. Odejścia nie żałuję, mam nowego wydawcę — krakowskie EMG Irka Grina, u którego publikują między innymi Marcin Świetlicki, Marcin Baran i Edek Pasewicz. Nowi ludzie, nowa przygoda — nie mam powodów, żeby oglądać się za siebie.
Moja seria poetycka to w tej chwili ponad osiemdziesiąt tomów wierszy, kilka tomów prozy, kilkanaście monografii krytycznych, a także cykl spotkań autorskich „Seryjni poeci”, w ramach którego w różnych miastach Polski spotkało się z czytelnikami blisko stu autorów. Rzeczywiście wszystkie propozycje wydawnicze czytam sam. Sam decyduję, którą książkę wydam. Resztą zajmuje się mój zespół.
Czasu dla siebie mam niewiele. Poza seriami poetyckimi zajmuję się również wydawaniem przewodników krajoznawczych i albumów tematycznie związanych z Wielkopolską, jestem redaktorem „Dodatku LITERAckiego” Nagrody Literackiej Gdynia, prowadzę rubrykę poetycką w magazynie „Brand”. Wiersze piszę rzadko, ale wciąż dość regularnie, potem długo je poprawiam… To raczej one znajdują mnie, niż ja je. Nawet nie raczej — na pewno.

R.R.: Czytanie innych w tak dużych ilościach pomaga twojemu pisaniu, czy przeszkadza?

M.G.: Ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Dwadzieścia lat temu, kiedy pracowałem jako redaktor „Nowego Nurtu” — zdecydowanie przeszkadzało. Przez te dwadzieścia lat zdołałem się uodpornić. Obce głosy nie wskakują już na falę, że sparafrazuję swój własny wiersz. Myślę swoim zdaniem i tak też piszę. To nie ma nic wspólnego z rutyną; jest raczej efektem zdobytego doświadczenia i pracy nad własnym stylem. Kiedy chcę coś powiedzieć lub napisać, siebie słyszę wyraźniej niż innych.

R.R.: Pierwszym, co rzuca się w oczy przy lekturze wierszy z nowego tomiku, jest ich formalna oszczędność. Impresje niekiedy ograniczają się zaledwie do dystychu. Skąd ta zmiana? Wcześniejsze Niepiosenki, choć w wielu miejscach wybrzmiewały podobnie minorowo, potrzebowały mimo wszystko więcej słów.

M.G.: Minimum słów, maksimum treści — to moja zasada. Mniej niż kiedyś bawią mnie popisy formalne… Ale droga, którą przebyłem do minimalizmu, nie była pracą, którą sobie zadałem do wykonania. To był naturalny proces — po prostu mu się poddałem.  W innych okolicznościach zbiera teksty niekiedy krótkie, ponieważ nie mogły być inne. Gdyby były inne, nie zgadzałby się z matrycą, przez którą widzę świat. Byłyby fałszowaniem rzeczywistości, a nie próbą jej opisu.

R.R.: W innych okolicznościach to książka, w której pierwsze skrzypce gra prostota. Wiersze są komunikatywne, nie „podrasowują” rzeczywistości. W „Łódce” piszesz: „Patrzę na brzeg, / przypominam jak było, / mówię jak jest”. Wspomniany fragment bezpośrednio odnosi się do motta tomiku, które wziąłeś z Brechta: „I zawsze myślałem, że najprostsze słowa / Powinny wystarczyć. Kiedy mówię, jak jest / Każdemu musi po prostu pęknąć serce”. Nie ma już według ciebie obecnie miejsca w poezji na eksperymenty i retorykę? Nie pytam cię oczywiście tutaj jako redaktora, ale wyłącznie jako poetę.

M.G.: Nie wyobrażam siebie ulepszania rzeczywistości. Jest zbyt ciekawa, żeby to robić. Trzeba czasu i uważności, aby ją zrozumieć. Na początku nie wiemy nic, na końcu niewiele… Ja jestem sprawozdawcą, opisuję to, co widzę i czuję. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł koloryzować swoje doświadczenia. Opisuję je, pytam o nie i próbuję odpowiadać na te pytania. Tyle.
Komunikatywność to podstawa. Język służy porozumieniu. Nie znaczy to, że jestem przeciwnikiem eksperymentu. Trudno odseparować mi w sobie poetę od redaktora… Powiem tak: jako redaktor i wydawca stawiam często na książki krańcowo inne od tych, które sam piszę. Na takie, które mnie uwierają, z którymi polemizuję. Ale kiedy widzę, że nic w nich nie dzieje się przez przypadek, że to spójne światy, choć różne od mojego, to nie waham się ich wydać. Generalnie lubię różnicę, nie podobieństwo — nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy wydawałbym jedynie tomy wierszy pokrewne stylistyczne z tym, co sam piszę.

R.R.: Pamiętam, że „Przegląd prasy” czytałem dosyć dawno temu w „Gazecie Wyborczej” w rubryce, którą prowadziła Joanna Wajs. Pamiętasz okoliczności powstania tego wiersza?

M.G.: Tak, ten wiersz to reakcja na tekst Piotra Śliwińskiego opublikowany właśnie w „Wyborczej”. Dość emocjonalna, choć sam wiersz jest powściągliwy. Napisałem go z automatu, musiałem to zrobić. Poczułem, że się z Piotrem nie zgadzam — reszta stała się sama. Inna rzecz, że była to wyjątkowa sytuacja, bo generalnie wypowiedzi Piotra wywołują u mnie reakcje dokładnie odwrotne niż tamta.

R.R.: „Przegląd prasy” otwierają bardzo mocne słowa. Sądzisz, że ktoś, kto czytał wówczas ten wiersz, mógł poczuć się dotknięty? Miałeś na myśli kogoś konkretnego, pisząc te słowa, czy chodziło wyłącznie o — powiedzmy — podkreślenie swojej odrębności?

M.G.: Nie miałem na myśli konkretnych osób, chodziło o podkreślenie swojej odrębności.  Może to nie było zbyt mądre z mojej strony, ale co robić — tak właśnie zareagowałem. Jeśli ty i ja to my, to ja nie — tym razem parafrazuję wiersz Grześka Wróblewskiego. Żeby było jasne: nie czułem i nie czuję się częścią pokolenia poetów, które opisał Piotr, choć generacyjnie do niego należę. Mało tego, nie wierzę w pokolenia literackie. To wrzucanie wszystkich do jednego wora, łatwizna.

R.R.: Piszesz: „Wiersz wyobrażam sobie jak kiedyś, / jako coś użytecznego i prostego zarazem”, po czym następuje bardzo ładne porównanie do bluzy pozbawionej kieszeni. Ta „użyteczność” jednak trochę mnie niepokoi. W jakim sensie wiersz powinien być „użyteczny”, przed jakim zimnem powinien chronić?

M.G.: Wiersz może ochronić przed obojętnością, samotnością i lękiem, który jest efektem samotności i obojętności. Jest jak podanie ręki. Powoduje, że nie jesteśmy sami, a w każdym razie, że przez chwilę tacy się nie czujemy. Pozwala nam lepiej zrozumieć świat, w którym żyjemy i nas samych w tym świecie. Integruje nas z nim, choć nie za cenę tworzenia iluzji. Dobra poezja obala złudzenia i przez to powoduje, że czujemy się bezpieczni. To poczucie bezpieczeństwa bierze się ze świadomości tego, jak jest. Wiersz jest cenny, ponieważ pomaga nam to zrozumieć.
Oczywiście takie wiersze jak „Przegląd prasy” są ryzykowne ze względu na swoją deklaratywność. Teraz wam powiem jak jest naprawdę, bo zjadłem wszystkie rozumy... Istnieje duże ryzyko, że ta deklaratywność odebrana zostanie w ten właśnie sposób. Ale czasem trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron. Czasem trzeba zaryzykować i zebrać za to po głowie. Nie wszyscy mnie za „Przegląd prasy” pochwalili… Ten wiersz wywołał skrajne reakcje, od aplauzu po posądzenia o kiczowatość i brak środowiskowej solidarności. Ale to dobrze, bo nic gorszego niż zwis, obojętność. Jeśli zawrzało, to widać, że poruszyłem temat, na który wielu chciało porozmawiać, ale nikt nie miał odwagi zacząć.

R.R.: Życzę ci w takim razie jeszcze wielu wierszy wywołujących wrzenie. Dziękuję za rozmowę.

M.G.: Ja również dziękuję.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2014, s. 211-215]

Teraz czytasz:

Mówię, jak jest.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...