Poezja to pisanie o prostych sprawach w prosty sposób

czwartek, 12 marca 2015 | Komentarze: 0

Jestem przekonany, że Macieja Roberta nie trzeba przedstawiać nie tylko bywalcom Domu Literatury w Łodzi, ale również wszystkim, którzy choć w niewielkim stopniu interesują się kulturą i tym, co dzieje się we współczesnej literaturze. Literackie rozpoznania autora Collegium Anatomicum można poczytać między innymi na łamach „Chimery”, „Nowych Książek” i „Polityki”, a także na portalu Xięgarnia.pl. I choć od pewnego czasu w kręgu jego krytycznoliterackich zainteresowań pozostaje głównie proza, postaramy się porozmawiać o poezji. Przynajmniej przez jakiś czas.

Przez jakiś czas

bardzo chciałem zostać
astronomem, ale szybko
mi przeszło. Podobno

światło wygasłych gwiazd
dociera do nas spóźnione.
Martwe ciała wciąż świecą

i to się nazywa pamięć.

Robert Rutkowski: Zwykle w Domu Literatury w Łodzi to ty zadajesz pytania. W jakiej roli czujesz się lepiej: pytającego, czy — tak jak teraz — odpowiadającego?

Maciej Robert: Wszystko zależy od interlokutora. Jako prowadzący bywałem w sytuacjach, gdy powiedziałem jedno zdanie (a czasem nawet nie zdołałem go skończyć), a autor przerywał mi i nawijał półtorej godziny. Niby sytuacja idealna, ale trochę niezręcznie siedzieć na scenie na doczepkę. Bywali też tacy, którzy odpowiadali jednym słowem. Albo w ogóle. Inny jeszcze typ to autorzy, którzy za punkt honoru stawiają sobie zniszczenie prowadzącego. To też nie jest komfortowe. Ale i tak zadawanie pytań jest chyba prostsze, bo dla autora, który nie jest wygadany, konieczność zajmującego odpowiadania może być niezwykle trudna. Myślę, że spełniam się w tej literackiej konferansjerce, sublimując braki w odautorskiej sztuce oratorskiej.

R.R.: Nie przesadzałbym z tymi brakami... Nie tak dawno miałem przyjemność prowadzić z tobą spotkanie w ramach regionalnej edycji Festiwalu „Puls Literatury”. Byłeś bardzo konkretny, udzielając niemal na każde pytanie wyczerpujących odpowiedzi, choć wnętrze, gdzie rozmawialiśmy, było dość onieśmielające. Uważasz się za trudnego rozmówcę?

M.R.:  Pewna osoba powiedziała mi kiedyś, że jestem żadnym rozmówcą. Sęk w tym, że jej to odpowiadało. Co gorsza — mnie też.

R.R.: Wybrałem do rubryki „Jeszcze zdarzają się wiersze” utwór „Przez jakiś czas”, w którym pojawia się jeden z głównych motywów tomu Księga meldunkowa — pamięć. Skąd u ciebie ten zwrot w stronę swego rodzaju prywatnej mitologii?

M.R.: Wybrałeś najgorzej. Nie dość, że jest to wiersz niemal najkrótszy w tomie (być może można coś powiedzieć w siedmiu wersach, ale co można powiedzieć o siedmiu wersach?), to jeszcze otwierający całość, więc jakoś znaczący. I to otwierający w podwójnie nieoczywisty sposób. Po pierwsze — tak naprawdę jest drugi w kolejności, bo trzeba przecież liczyć jeszcze chojeńsko-komornikową klamrę. Po drugie — ten wiersz otwiera tom tylko dzięki nieocenionemu Tomaszowi Cieślakowi, który przychylnym okiem spojrzał na maszynopis. Sam nigdy bym na to nie wpadł, by tak to poukładać. A przecież ten wiersz aż się prosi, żeby od niego zacząć. Nie zgodzę się jednak z tym, co mówisz — że to zwrot w stronę prywatnej mitologii. Trudno zwrócić się ku czemuś, w czym tkwi się po uszy. Bo czy, dajmy na to, Puste pola nie były próbą mitologizacji prywatności? Wydaje mi się, że pamięć to słowo-klucz do większości moich wierszy.

R.R.: Zgadza się, choć wydaje mi się, że Puste pola mitologizowały prywatność w mniej bezpośredni sposób. Księga meldunkowa to, w moim odczuciu, twoja najbardziej osobista książka (jeśli w ogóle książka poetycka może być nieosobista). Zgodzisz się z takim rozpoznaniem? Podczas lektury miałem wrażenie, że mówisz po prostu, jak jest, nie zostawiając miejsca na literacką kreację. Czytajcie, jaki byłem kiedyś, a jaki jestem teraz, to i to mnie ukształtowało…

M.R.: I znowu! A co z poprzednimi książkami? Jasne, że ta jest osobista, ale czy wspomniane Puste pola nie były osobiste? Być może było to czytelne wyłącznie dla mnie, ale uważam, że tamtą książką wyznaczyłem granice prywatności. I dlatego bolały mnie jej nietrafione bądź złośliwe oceny. Oczywiście możesz w duchu powiedzieć krytykom: „Okej, nie podoba ci się? Mam to gdzieś”, ale jak ktoś wypisuje przykrości o czymś, co dla ciebie jest niezwykle ważne czy bolesne, to miło nie jest. Dlatego tym bardziej jestem wdzięczny Adamowi Poprawie i Bogusławowi Kiercowi — powiedzieli o tej książce dużo dobrego. Bez tych opinii nie byłbym chyba w stanie napisać Collegium Anatomicum, które odbiło się szerszym echem. Jestem osobą, na którą krytyczne opinie nie działają mobilizująco. A potem była Księga meldunkowa, w której — jak sugerujesz — mówię, jak jest... Tak i nie. Kiedyś ukułem na użytek moich wierszy zgrabną, jak mi się wówczas wydawało, formułkę: poezja to pisanie o prostych sprawach w skomplikowany sposób. Potem zmieniłem zdanie: poezja to pisanie o skomplikowanych sprawach w prosty sposób. A teraz widzę to jeszcze inaczej: poezja to pisanie o prostych sprawach w prosty sposób. Dlatego bardzo się cieszę, gdy widzę, że nowy tomik Mariusza Grzebalskiego, którego wiersze bardzo cenię, tę prostotę przekazu bierze na sztandar już w motcie z Brechta. Więc tak. A dlaczego nie? Bo nie da się w poezji „nie zostawić miejsca na literacką kreację”. Myślę, że idealny wiersz powinien być tak zrobiony, że tych literackich obróbek nie widać. Ale bez nich wiersz byłby tylko zbiorem zwyczajnych zdań — a to za mało. Zdaję sobie niestety sprawę, że z moich wierszy ta nadmierna literackość wyłazi. Sam ją tam na siłę wpycham. Cały czas nie dowierzam, że w prostocie siła. Albo inaczej, obawiam się, że istnieje granica prostoty, za którą wiersz przestaje być wierszem. 

R.R.: W wierszach z Księgi… przeszłość nieustannie przenika się z teraźniejszością. Pojawiają się między innymi postaci twoich dziadków. Nie tak dawno temu przyszedł na świat twój syn, Konstanty. Czujesz się takim pomostem łączącym literacko jego z nimi i stąd ten nawrót do przeszłości i własnego dzieciństwa? A może nadinterpretuję i to tylko kryzys wieku średniego, który wyraża się strofą zamykającą wiersz zatytułowany „Zieleń miejska”: „Za wcześnie, poniewczasie, na próżno, / bezskutecznie — to cały nasz słownik. / Tak mogłoby nazywać się wszystko”.

M.R.: Za to właśnie lubię wiersze. Że można je przeczytać w całkiem odmienny sposób od tego, który autor zakładał podczas ich pisania. Nigdy bym nie pomyślał, że „Zieleń miejska” jest o kryzysie wieku średniego. Natomiast nie lubię wierszy za to, że po pewnym czasie widzisz, co w nich zgrzyta. Teraz na pewno zrezygnowałbym z tego niepotrzebnego dopowiedzenia („Tak mogłoby nazywać się wszystko”). Specjalnie uciekam od twojego pytania, bo nie wiem, co powiedzieć, żeby to nie były same truizmy. Ucieknę więc jeszcze dalej. Wiersze z Księgi meldunkowej powstawały, gdy Konstantego jeszcze nie było. Nie istniał nawet w planach, jeśli można tak bezdusznie powiedzieć. Trochę żałuję, że największą ułomnością autora jest niemożność czytania napisanych przez siebie wierszy z należytym dystansem. Jestem ciekaw, czy czytelnik, który nie zna mnie prywatnie, po przeczytaniu tego tomu mógłby powiedzieć: „Oho, widzę tu nowy początek!”. W wierszu tytułowym, przypomniało mi się, jest zdaje się mowa o brzuchu ciężarnej. Ale to tylko toporna metafora, a nie profetyczne możliwości poezji. 

R.R.: Poezja ocala?

M.R.: O matko! Chyba daje złudę ocalenia tym wszystkim egoistycznym bubkom (w tym mnie), którym wydaje się, że to wszystko ma jakieś znaczenie.

R.R.: Nie mogę nie zapytać o Philipa Larkina, który przewija się tu i ówdzie w kryptocytatach, jak choćby w wierszu „Myxomatosis cuniculi” czy w „Niskich oknach”.

M.R.: Larkina lubię. Jak można nie lubić kogoś, kto w białych rękawiczkach, z chirurgiczną precyzją, z niebywałą wręcz elegancją formy przypomina: „Life is first boredom, then fear”?

R.R.: Trudno wyobrazić sobie lepszy cytat na zakończenie. Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 2/2014, s. 190-193]

Teraz czytasz:

Poezja to pisanie o prostych sprawach w prosty sposób.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...