Słowo na niedzielę: W. G. Sebald

niedziela, 28 czerwca 2015 | Komentarze: 0

Czas — mówił Austerlitz w obserwatorium w Greenwich — jest najbardziej sztucznym ze wszystkich naszych wynalazków, a wiązanie czasu z obrotami planety wokół własnej osi jest równie arbitralne jak rachuba oparta, powiedzmy, na przyroście masy drzewnej albo na procesie rozpadu wapnia, pomijając już fakt, że doba słoneczna, którą się kierujemy, nie daje dokładnej miary, wskutek czego trzeba było wymyślić fikcyjne słońce średnie, które porusza się z niezmienną prędkością i którego ekliptyka nie jest nachylona w stosunku do równika niebieskiego. Jeżeli Newton sądził — mówił Austerlitz, wskazując przez okno na połyskujące w ostatnim blasku dnia zakole rzeki, otaczające tak zwaną Wyspę Psów — jeżeli Newton naprawdę sądził, że czas jest strumieniem tak jak Tamiza, to gdzie w takim razie jest źródło czasu i do jakiego morza w końcu czas uchodzi? Każdy strumień, jak wiemy, siłą rzeczy jest z obu stron ograniczony. Gdzie w takim razie byłyby brzegi czasu? Jakie byłyby jego specyficzne właściwości, odpowiadające właściwościom wody, która jest substancją ciekłą, dosyć ciężką i przezroczystą? W jaki sposób różnią się rzeczy zanurzone w czasie od tych, których czas nigdy nie tknie? Co to znaczy, że ten sam okrąg wskazuje godziny światła i ciemności? Dlaczego w jednym miejscu czas stoi w wiecznym bezruchu, a w innym mija i pędzi na wyprzódki? Czy nie powiedziałoby się — mówił Austerlitz — że w ciągu wieków i stuleci czas nie dotrzymywał sobie tempa? W końcu dopiero od niedawna rozciągnął się na cały świat. I czy aż do dziś w niektórych częściach świata ludźmi rządzi nie tyle czas, co warunki atmosferyczne, a zatem wielkość, która nie daje się skwantyfikować, nie zna linearnej równomierności, nie posuwa się w jednostajnym rytmie, ale ruchem wirowym, z zahamowaniami i nagłymi przełomami, powraca w stale zmiennej formie i rozwija się nie wiadomo w jakim kierunku? Zacofane i zapomniane okolice w naszym własnym kraju były do niedawna tak samo poza czasem, jak kiedyś zamorskie, nieodkryte jeszcze kontynenty, i dotąd, nawet w takiej metropolii czasu jak Londyn, pewne obszary znajdują się poza czasem. Umarli są poza czasem, tak samo umierający i obłożnie chorzy u siebie w domu albo w szpitalach, i nie tylko oni, wystarczy przecież pewne quantum osobistego nieszczęścia, aby nas odciąć od wszelkiej przeszłości i wszelkiej przyszłości. Faktycznie — mówił Austerlitz — sam nigdy nie posiadałem zegara, ani zegara z wahadłem, ani budzika, ani zegarka kieszonkowego, a już tym bardziej na rękę. Zegar zawsze wydawał mi się czymś śmiesznym, czymś doszczętnie zakłamanym, może dlatego, że pod wpływem jakiegoś dla mnie samego niezrozumiałego impulsu stale buntowałem się przeciwko władzy czasu i nie chciałem mieć nic wspólnego z tak zwanymi bieżącymi wydarzeniami, w nadziei, jak myślę dziś — mówił Austerlitz — że czas nie przemija, nie odchodzi w przeszłość, że mogę się cofnąć w czasie, że tam wszystko będzie tak jak przedtem albo, ściślej mówiąc, że wszystkie momenty czasu istnieją jednocześnie obok siebie, innymi słowy, że nic z tego, co opowiada historia, nie jest prawdą, że to, co się wydarzyło, wcale się jeszcze nie wydarzyło, ale dopiero wydarza w chwili, kiedy o tym myślimy, co naturalnie z drugiej strony otwiera beznadziejną perspektywę wciąż trwającej niedoli i nigdy niekończącej się udręki.

W.G. Sebald, Austerlitz, przeł. M. Łukasiewicz, W.A.B., Warszawa 2007.

Teraz czytasz:

Słowo na niedzielę: W. G. Sebald.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...