Szpagat nad urwiskiem

niedziela, 12 lipca 2015 | Komentarze: 0

Numer „historyczny” to doskonały pretekst, by sięgnąć po wiersze nieco starsze od tych, które, starając się być możliwie na bieżąco z nowościami wydawniczymi, prezentuję w niniejszej rubryce. A jeśli dodatkowo sięgniemy po autora, który współtworzył „Arterie” przez kilka pierwszych lat ich istnienia, historia zatoczy koło i nabierze rumieńców.
Tym autorem jest oczywiście Michał Murowaniecki, a utwór, który chciałbym zaproponować, nosi tytuł „Falochron” i pochodzi z wydanego w 2010 roku tomu Spięcie. Dlaczego właśnie ten wiersz, skoro nie jest ani obrazowo, ani językowo reprezentatywny dla książki? „Falochron” wyraźnie kategoryzuje poezję i poetę w świecie, umiejscawia gdzieś pomiędzy. Właśnie to „pomiędzy” jest dla mnie jednym ze słów-kluczy tego zbioru i o tym, mam nadzieję, uda mi się porozmawiać z autorem.

Falochron

Wątki się zawiązują
jak wstążki rzek.

Już nie wiem, czy to życie
podsuwa słowa, czy może

słowa dyktują życie.
Jesteśmy gdzieś pomiędzy

pustym morzem a pełnym niebem.
Dotykamy wody jak nowej rany.

Robert Rutkowski: „Falochron” to oczywiście tylko pretekst. Równie dobrze mógłbym wybrać dowolny wiersz ze Spięcia i przypuszczam, że rozmowa wyglądałaby podobnie. Podczas lektury tego tomiku miałem wrażenie, że wchodzę w świat doskonale przemyślany i złożony w spójną całość. Czy nie uważasz, że wyciąganie pojedynczych tekstów z tej książki, tak jak robię to teraz, wyrządza jej krzywdę?

Michał Murowaniecki: Spięcie nie powstawało jako tak zwany koncept-album, historia nie pisała się linearnie. Wiele czasu poświęciłem na weryfikowanie układu tekstów. Sądzę, że twoje wrażenie jest wynikiem zaproponowanej „kolejności wydarzeń” i biorę je za potwierdzenie tego, że udało mi się zachować spójność opowieści. Gdyby te teksty przetasować, zaczną się wyraźniej jawić jako autonomiczne. Dla mnie jednak przy wydawaniu książki istotne jest coś więcej. Ważne, żeby zbiór wierszy był nie tylko — mniej czy bardziej — otwartym zbiorem, ale by dawało się w nim znaleźć myśl przewodnią, jasne przesłanie.

R.R.: Wiersze ze Spięcia doskonale obnażają twoją słabość do surrealizmu. Od ludzi życzliwych wiem, że w pierwszej wersji tomiku nie tylko pojawiał się częściej, ale był także bardziej nachalny. Czy ostateczny kształt książki to kompromis pomiędzy jasnością komunikatu a wyobraźnią, czy może bardziej pomiędzy tobą a redaktorem / wydawcą?

M.M.: Sądzę, że „życzliwi” widzieli wcześniejsze wersje tomu, w których brakowało kilku tekstów nowszych, wyraźniej dążących do precyzji wypowiedzi. Parę miesięcy po druku debiutanckiego zbioru miałem blady zarys drugiej książki. Niemal cały rok 2009 i połowa 2010 roku to był dla mnie czas pracy nad komponowaniem tomu, okres szukania nowej stylistyki i zderzania własnej poezji z tym, co akurat czytałem. Efektem tej konfrontacji i odczekiwania było wyrzucenie ponad połowy tekstów i zastąpienie ich innym materiałem. Chciałbym, żeby nie tylko moje kolejne książki różniły się od siebie, ale też by wchodzące w ich skład wiersze były zróżnicowane.
A skąd surrealizm? W malarstwie surrealistycznym podoba mi się zadziorna alokacja przedmiotów i symboli, przeniesienie znaczeń w zupełnie inne rejony. Duża część surrealizmu w Spięciu wzięła się po prostu z życia. Chociażby ta podpaska zamieniająca się w księżyc. To nic innego jak obraz z popularnej swego czasu telewizyjnej reklamy. Założę się, że większość z nas ją widziało. Gdy przenosimy taki niecodzienny obraz ze świata reklamy w świat poezji, a więc w sferę niemającą wiele wspólnego z marketingiem, okazuje się, że wywołujemy interakcję: zniesmaczenie, zażenowanie, chichot. Z jednej strony niedaleko stąd do pisuaru Duchampa, z drugiej — do intelektualnej igraszki. Dla mnie natomiast toczy się tutaj walka o odzyskanie wrażliwości, o to, by czytelnik zechciał podjąć rękawicę lub chociaż przyjąć gardę, zamiast ziewać w narożniku.

R.R.: Czy dystych rozpoczynający „Falochron” zdradza po części twój sposób pisania? Dajesz się ponieść obrazom i „dryfujesz na frazie”, ciekawy, dokąd cię poniesie, czy może od samego początku masz ustawioną busolę na „piętno puenty”?

M.M.: Podczas pisania nie przewidzisz wszystkiego. Raz cię poniesie, a raz ryjesz mozolnie dłutem w żelazie. Reguły nie mam. Powiem tylko, że puenta zwykle odnajduje się sama. Jest jak brak tchu po wypowiedzeniu długiego zdania.

R.R.: Literatura jest dla ciebie obok życia czy życie jest obok literatury? W „Falochronie” rozgraniczasz to, ale — mam wrażenie — jedynie po to, by uwydatnić paradoks, bo tak naprawdę to jedno. A może właśnie nie? Pisanie to dla ciebie rozbieranie całości na czynniki pierwsze i składanie jej ponownie już po swojemu, czy raczej sekcja zwłok, którą przeprowadzasz z czystej ciekawości?

M.M.: W moim życiu nie ma wiele miejsca na literaturę, ale w literaturze jest sporo miejsca na życie. I znów paradoks, ale tak to właśnie wygląda. „Falochron” podkreśla ten rozdźwięk. Tytuł wiersza zaznacza potrzebę rozgraniczenia, próbę obrony przed przypływem. Bo czy nie najlepiej ogląda się morze, stojąc na twardym brzegu?

R.R.: W Spięciu fascynuje mnie sposób, w jaki ciągniesz się za język i jak ten łapie cię za słówka. Mam tu na myśli chociażby takie frazy jak: „w wyrazie whisky / ukrywa się niebo” („Od kuchni”), „Jeśli błędnie wymówisz słowo „szanta”, / usłyszysz diabła, który się schował” („Szanta”), „Dzień jest czerstwy, / czerwiec nosi w sobie robaka” („Klamry”), „jest Pan, ale nie ma paniki” („Do zajezdni”). To tylko kilka przykładów. Język jest dla ciebie środkiem czy celem?

M.M.: Nie jest celem, to mogę z całą pewnością powiedzieć. Natomiast nie widzę swojej poezji bez zapasów z językiem. Słowa to, w pewnym uproszczeniu, zbiory liter, a ja zawsze lubiłem scrabble. Słowa niosą ze sobą (lub w sobie) inne słowa, więc czemu ich nie powyciągać na wierzch? Z drugiej strony, cenię brzmienie i rytmikę wypowiedzi. Ale żeby tak same obrazy? Albo same złote myśli? Niekoniecznie. Przy pisaniu Spięcia kręciło mnie zderzanie wyrazów i pojęć, lubiłem patrzeć, jak iskrzy. Od czasu wydania Owoców noża jest trochę inaczej. Teraz lubię, jak słowo się wolno żarzy.

R.R.: Słowem-kluczem Spięcia jest dla mnie „pomiędzy”. To właśnie tutaj, w moim odczuciu, rozgrywa się ta książka: pomiędzy jawą a snem, pewnością a intuicją, życiem i wyobrażeniem o życiu. „Falochron” również jest pomiędzy. W wierszu zamykającym tomik piszesz: „I tak całe życie / między wierszami” („Rugby”). Być „pomiędzy” to chyba dobre miejsce dla poety, który „chowa w ustach przepaść”.

M.M.: Taki szpagat nad urwiskiem to prawdopodobnie najwłaściwsze miejsce dla poety — rozkrok na granicy dwóch światów, dwóch perspektyw. Cieszę się, że znalazłeś dysonans między życiem a wyobrażeniem o życiu, bo to ważny (choć nieco maskowany) temat Spięcia.

R.R.: Zastanawiam się, jak dalece można odczytywać „Falochron” na poziomie symbolu. Każdy wiersz to próba wiary? A jeśli tak, to wiary w co?

M.M.: „Falochron” jest najskromniejszym tekstem Spięcia, ale chyba najbardziej pojemnym. Od niego zaczęły się moje poszukiwania w poezji czegoś innego. W pewnym sensie każdy wiersz jest świadectwem wiary: w nieuchronność zjawisk, cykliczność praw natury, w możliwość wyboru, a poniekąd też w „pełne niebo”. W książce próbuję nie tylko to wszystko pogodzić, ale także pogodzić się z tym wszystkim.

R.R.: Jak długo można przebijać się przez jedną metaforę?

M.M.: Do skutku. Albo do przyczyny.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2015, s. 251-254]

Teraz czytasz:

Szpagat nad urwiskiem.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...