Słowo się rzekło

piątek, 14 sierpnia 2015 | Komentarze: 0

Kto z nas nie kojarzy ostatnich słów Goethego? Albo Cezara? Oczywiście, to odpowiednio: „Więcej światła” oraz „I ty, Brutusie, przeciwko mnie?”. Słowa te są tak głęboko zakorzenione w kulturze, że zna je chyba każdy, nawet jeśli z szeroko rozumianą kulturą czy literaturą nie ma na co dzień zbyt wiele wspólnego. Można w tym miejscu przytoczyć jeszcze kilka równie pamiętnych zdań wypowiedzianych na chwilę przed śmiercią: „Bóg mi wybaczy. To jego fach” (Heine) albo „Klaszczcie. Komedia skończona” (Beethoven), bliższe współczesności „Gdzie mój zegarek?” (Dalí), „Mogłem się nie przerzucać ze szkockiej na martini” (Bogart) czy w końcu „No, już, wynoście się stąd! Ostatnie słowa są dla głupców, którzy nie powiedzieli wystarczająco wiele” (Marks).
Jak widać, nie każdy traktował swoje ostatnie chwile na tym świecie śmiertelnie poważnie, nie każdy też z należytą pokorą wobec nieuchronnego. Przywołane słowa zostały (najprawdopodobniej, bo przecież równie dobrze mogą stanowić część budowanej przez lata legendy) wypowiedziane na moment przed, nazwijmy to, śmiercią z przyczyn naturalnych. A co ze słowami tych, których przez wieki doprowadzano przed oblicze kata i którzy musieli uporać się ze świadomością, że oto za chwilę zostaną straceni?
Olga Kubińska, autorka książki Przybyłem tu by umrzeć, za którą została uhonorowana ubiegłoroczną nagrodą „Literatury na Świecie” postanowiła prześledzić relacje z publicznych egzekucji w szesnasto- i siedemnastowiecznej Anglii pozwalając nam tym samym poznać ostatnie słowa wielu straconych wówczas ludzi oraz specyficzną atmosferę tych wydarzeń. Monografia wydana przez Fundację Terytoria Książki w znakomitej serii „Przygody ciała” skupia się na tym, jak w ciągu owych dwustu lat zmieniało się podejście do publicznych egzekucji, ewoluując w stronę starannie wyreżyserowanego spektaklu, i jak w obliczu końca skazańcy powoli zyskiwali swój własny, jednostkowy głos, zaznaczając wyraźnie swoją obecność nie tylko w ówczesnym „tu i teraz”, ale także — za sprawą towarzyszących egzekucjom publikacji — w historii. Niekiedy egzekucyjne spektakle ciągnęły się nawet przez pół dnia, niekiedy też posłaniec z listem ułaskawiającym zjawiał się dosłownie w ostatniej chwili, podsycając napięcie wśród obserwatorów i oddając sprawiedliwość dramaturgii chwili. Ocaleni w ten sposób często sami opisywali swoją niedoszłą egzekucję, jak choćby Henry Barrow, który miał już pętlę na szyi, gdy zjawił się posłaniec z listem ułaskawiającym jego i jego brata. Akt łaski, jak zauważa Kubińska, często tylko odwlekał w czasie wykonanie wyroku. Barrowów powieszono tydzień później. Podobnie stało się w przypadku ciężarnej mężobójczyni, którą aktem łaski odesłano na wieś, by tam urodziła, a następnie dwa i pół roku po dokonanym zabójstwie — wraz z kochankiem — stracono.
Publiczne egzekucje w XVI i XVII wieku w Anglii były czymś powszechnym. Nikt nie mógł czuć się bezpieczny. Często by postawić kogoś w akt oskarżenia, wystarczały plotki, pomówienia o czary, nie brakowało również misternie utkanych intryg. Relacje z placów straceń, drobiazgowo przygotowywane i reżyserowane, pełniły rolę edukacyjną, moralizującą i rozrywkową, przywracając zachwiany przez zbrodnię porządek społeczny. Autorka, w sposób chłodny i naukowy, opisuje publiczne wykonywanie wyroków śmierci jako część kultury, mającą ogromny wpływ na ówczesne społeczeństwo. Śmierć w obecności świadków, czy może właściwiej — widzów, dostarczała im nie tylko brutalnej rozrywki, ale także dawała do zrozumienia, że każda zbrodnia zostanie odpowiednio ukarana. Pochodzenie winowajcy nie miało tutaj większego znaczenia, sprowadzało się jedynie do sposobu pozbawienia życia: szlachetnie urodzeni skazywani byli na szafot (np. Thomas More, Karol Stuart), dla pozostałych przewidziana była szubienica, zaś na osoby oskarżone o czary bądź fałszowanie pieniędzy czekał stos. Co ciekawe, zdarzało się również tak, że wyroki śmierci wykonywano na ludziach, którzy już nie żyli. Taki los spotkał między innymi Gellesa van Ledenberga, który odebrał sobie życie w celi, co jednak nie przeszkodziło w skazaniu go na śmierć za popełnione samobójstwo i publicznym wykonaniu wyroku. Podobnie postąpiono z Oliverem Cromwellem, którego ciało wyciągnięto z grobu i publicznie powieszono wraz z dwoma towarzyszami-buntownikami współodpowiedzialnymi za ścięcie króla Karola Stuarta.
W książce Kubińskiej przeczytamy także o egzekucjach, które cieszyły się tak dużym zainteresowaniem, że trzeba było wyburzać budynki otaczające place straceń, by ułatwić „publiczności” wzięcie udziału w „przedstawieniu”. Dla tych, którym się nie poszczęściło i nie mogli być świadkami egzekucji przewidziano broszury z dokładnym opisem kaźni i rycinami (bywały dodruki i kolejne wydania!). Autorzy broszur często uzupełniali swoje relacje preparowanymi listami skazańca do czytelnika czy do bliskich, a także przypisywanymi mu wierszami. Można powiedzieć, że wraz ze wzrostem popytu na tego typu publikacje, rosła też proporcjonalnie fantazja ich autorów. Z czasem broszury te stały się odrębnym gatunkiem zbudowanym według ściśle określonych zasad, dając podwaliny powstania późniejszej powieści, która między innymi — w odróżnieniu od wcześniejszego romansu — za bohatera obierała zwykłego człowieka, everymana, umiejącego opowiedzieć siebie i swoją własną historię i niejako „wychodzącego z roli”, którą mu narzucano: skazańca, który w ostatnich słowach żałuje swoich czynów, pokornie godzi się z Bogiem i przyznaje, że kara jest sprawiedliwa, prosząc jednocześnie przybyłych o wybaczenie i modlitwę.
Czy nadużyciem będzie, jeśli relacje z placów straceń potraktujemy jako podwaliny publicystyki i dziennikarstwa? W końcu, ryzykując, czy bogato ilustrowanych broszur nie można traktować także jak protokomiksów (przecież bohaterowie spisku prochowego czy tzw. spisku papieskiego stali się tematem historyjek obrazkowych, a rysunki przedstawiające udaremnienie tychże spisków trafiły nawet na specjalne talie kart do gry)?
Przybyłem tu by umrzeć to prawdopodobnie pierwsza polska książka, która analizuje relacje z placów straceń nie tylko jako źródła historyczne, ale przede wszystkim jako proces rozwoju form narracyjnych, które najczęściej, siłą rzeczy, były pomijane przez historyków. Kubińska przygląda się im dokładnie, z niemal chirurgiczną precyzją śledząc przebieg ich rozkwitu i przeprowadzając podziały w oparciu o rozmaite, momentami aż nazbyt szczegółowe kryteria — a wszystko po to, by dać możliwie pełny obraz procesu powstawania całkiem nowej sytuacji komunikacyjnej, prowadzącej ostatecznie, jak pisze Kubińska, do karnawalizacji relacji z egzekucji oraz przyczyniającej się do powstania nowych gatunków literackich z niespotykanym wcześniej zindywidualizowanym, „podmiotowym” bohaterem.
Bogato ilustrowana książka Kubińskiej to rezultat tytanicznej, skrupulatnej pracy i setek wykorzystanych źródeł, które złożyły się na tę imponującą publikację. Niech świadczy o tym choćby fakt, że z 372 stron książki — aż 174 to przypisy oraz indeks nazwisk. Może to odrobinę przytłoczyć. Podobnie jak — często intertekstualny i pełen odwołań — trudny, akademicki język, jakim napisana jest ta monografia.
Z całą pewnością nie jest to lektura łatwa i nie jest to lektura dla każdego (zwłaszcza nieobytego z naukowym językiem i stylem naukowego dowodzenia), ale jeśli zdecydujemy się poświęcić jej swój czas i uwagę, czeka nas niezwykle ciekawa, intelektualna wycieczka do Anglii czasów Tudorów i Stuartów.
Podczas lektury warto także pamiętać, że ostatnia publiczna egzekucja w Polsce miała miejsce wcale nie tak dawno temu, bo w 1946 roku.

Olga Kubińska, Przybyłem tu by umrzeć. Relacje z placów straceń, Fundacja Terytoria Książki, Gdańsk 2013.

[prwdr.: „Topos”, nr 4/2015, s. 177-178]

Teraz czytasz:

Słowo się rzekło.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...