Lubię wydawać, gorzej z zarabianiem

piątek, 4 grudnia 2015 | Komentarze: 0

O wydawnictwie Kwadratura z Piotrem Groblińskim rozmawia Robert Rutkowski

Robert Rutkowski: Rozmawiamy niedługo po publikacji książki Adama Raczyńskiego Poza tym wszystkim, która jest trzydziestą pozycją poetycką wydawnictwa Kwadratura. Tomik ten, jak zapowiadałeś, zamyka pierwszą serię wydawniczą. Dotychczasowa formuła Kwadratury wyczerpała się?

Piotr Grobliński: Wydawnictwo, jak chyba cały „rynek książki poetyckiej”, przeżywa ciężkie chwile. Coraz trudniej o pieniądze na nowe książki, zwłaszcza na wydania z kolorowymi ilustracjami, jakie sobie kiedyś wymyśliłem. Tomiku za piętnaście złotych nikt nie chce kupować, księgarniom nie opłaca się ich sprowadzać, a hurtowniom dystrybuować. Na spotkaniach autorskich sprzedaje się kilka egzemplarzy. Pozostają dotacje, ale chyba nie mam talentu do ich pozyskiwania. Dlatego, gdy z pracy odeszła graficzka odpowiedzialna za projekty tych trzydziestu książek Kwadratury, doszedłem do wniosku, że coś trzeba zmienić.

R.R.: Czy oznacza to, że kolejne książki Kwadratury będą uboższe pod względem graficznym? Byłaby to duża strata…

P.G.: Zobaczymy, co wymyśli nowy grafik. Może inny format, może kremowy papier, może skrzydełka, może większa czcionka. Były głosy, że zbyt wyrazista plastyka zagłusza tekst, więc może reprodukcje tylko na okładce.

R.R.: Kwadratura zaistniała na rynku wydawniczym w 2008 roku książką Macieja Roberta Puste pola. Wśród wydanych do dziś tomików znalazło się kilka nominowanych do ważniejszych nagród poetyckich w kraju. Zauważono między innymi książki Przemysława Owczarka (Cyklist — nominacja do Nagrody Literackiej GDYNIA w 2010 roku — przyp. R.R.), Magdaleny Gałkowskiej (Fabryka tanich butów — nagroda w XIV Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina w 2008 roku — przyp. R.R.) czy Kacpra Płusy (Ze skraju i ze światła — Nagroda Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki 2012 roku, a rok później wyróżnienie w Złotym Środku Poezji w Kutnie i nominacja do Nagrody Literackiej GDYNIA — przyp. R.R.). Znalazłbym jeszcze kilka świetnych pozycji, moim zdaniem niesłusznie przemilczanych przez krytykę i kapituły nagród literackich. Nie da się ukryć, że Kwadratura wyrobiła sobie dobrą markę, a jednak w wywiadach, których udzielasz jako wydawca, czy felietonach brzmisz bardzo gorzko. Skąd ten minorowy nastrój?

P.G.: Muszę zacząć od tego, że możliwość ośmiu lat pracy przy wydawaniu poezji uważam za wielkie szczęście i dużą przyjemność. Minorowy nastrój bierze się z poczucia, że ta praca tak naprawdę niewielu osobom jest potrzebna. Złapałem się na tym, że przed kolejnymi premierami proszę znajomych, by uchronili mnie i autora przed pustą salą. W dodatku mam wrażenie, że sami autorzy traktują wydawnictwo nieco instrumentalnie — wydają swoje książki i zapominają o sprawie. Część łódzkich autorów nie przychodzi na prezentacje kolejnych pozycji. Przyznam, że liczyłem na kształtowanie się wokół Kwadratury jakiegoś środowiska, tak jak liczyłem na pomoc autorów z innych miast w promocji wydawnictwa poza Łodzią. Ale być może to znowu moje braki — za mało dyplomacji, marne zdolności towarzyskie, słaba głowa…

R.R.: Wydaje mi się, że trudność w formowaniu „łódzkiego środowiska literackiego”, już bez względu na to, czy wokół Kwadratury, czy jednego z pism albo instytucji polega na tym, że mamy w województwie bardzo wielu zdolnych autorów, ale każdy jest „sam dla siebie”. Czy nie jest tak, że to te wyraziste indywidualności zabijają wspólnotę? Każdy chce być centrum, nikt nie chce być satelitą…

P.G.: Przecież nie wymagam, żeby razem jeździć na wczasy albo tak samo głosować w wyborach. Myślę o prostej sprawie — raz na trzy miesiące spotykamy się przy okazji nowej książki, po przeczytaniu każdy pisze coś o tych wierszach, choćby na Facebooku. Kultura jest przecież wymianą, inaczej nie ma sensu. Poza tym nie przesadzałbym z tymi indywidualnościami wśród poetów, moim zdaniem to zwykli ludzie, tyle że z talentem do składania słów.

R.R.: Co do pustej sali, o której wspominałeś, to nie jest to wyłącznie problem ŁDK-u czy Kwadratury. Pamiętam jak jakiś czas temu wyszedłem specjalnie wcześniej z pracy, żeby zająć sobie dobre miejsce w Domu Literatury, bo przyjeżdżał Andrzej Sosnowski. Nazwisko, zdawałoby się, wielkiego formatu. Na spotkaniu ostatecznie było kilkanaście osób, z czego połowa to pracownicy… Paradoks polega na tym, że — tak jak mówiłeś — poezja przestaje ludzi interesować, a jednocześnie zdecydowanie więcej osób ją pisze, niż czyta. Co tak ludzi zniechęca do poezji?

P.G.: Poezja współczesna wpadła moim zdaniem w pułapkę zbytniego formalizmu. Na ogół po przeczytaniu tomiku nie potrafię odpowiedzieć na proste pytanie: o czym ten człowiek pisze? No chyba, że powiem: próbuje ożywić język, podejmując grę z czytelniczymi przyzwyczajeniami, przesuwając rejestry i deleksykalizując metafory. Ale jak przebrniemy przez językowe szarady, to naprawdę niewiele zostaje. Osobną sprawą jest to, jak poeci wypadają na wieczorach — często mamroczą coś pod nosem, są spięci i źli, że ktoś ich w ogóle o coś pyta.

R.R.: Wróćmy do Kwadratury. Skąd wzięła się w ogóle idea powołania do życia wydawnictwa skupionego na wydawaniu poezji? W jaki sposób wpada się na tak karkołomne pomysły?

P.G.: Dziesięć lat temu udzieliłem wywiadu jako laureat nagrody dziennikarskiej. Zapytany o marzenia, powiedziałem o wydaniu nowego tomu poetyckiego (swojego autorstwa). Pracowałem już wtedy w Łódzkim Domu Kultury w portalu Reymont.pl. Ówczesny dyrektor po lekturze tego wywiadu wezwał mnie na rozmowę i zaproponował wydanie książki. Nakładem ŁDK, ale jeszcze nie w ramach wydawnictwa Kwadratura, ukazały się moje Festiwale otwartych balkonów. Niedługo potem powstał Ośrodek Literacko-Wydawniczy, którym miałem pokierować. Zaproponowałem prowadzenie — zgodnie zresztą z nazwą działu — działalności wydawniczej, wymyśliłem nazwę Kwadratura jako osobnej marki. Poezja była naturalną konsekwencją moich zainteresowań.

R.R.: Czy cele, które stawiałeś sobie przed publikacją pierwszej książki Kwadratury, dziś pozostają takie same? Co przez te osiem lat istnienia wydawnictwa zmieniło się?

P.G.: Cel jest właściwie ten sam — skoro już biorę pieniądze za pracę w kulturze, to chciałbym robić coś sensownego. Zmienia się tylko rozumienie wyrażenia „coś sensownego”. Dziś bardziej nastawiam się na kontakt z odbiorcą. Zacząłem nawet prowadzić zajęcia z czytania poezji.

R.R. Na czym one polegają? To coś w rodzaju warsztatów?

P.G.: Bardzo nieformalnych, dla znajomych. Po prostu czytamy sobie dwa wiersze i o nich rozmawiamy. Skoro — jak powiedziałeś — więcej ludzi pisze niż czyta, trzeba zadbać o czytelników.

R.R.: Jesteś redaktorem wszystkich pozycji wydanych przez Kwadraturę. Czy praca „po drugiej stronie książki” miała na ciebie jakiś wpływ? Czy Piotr Grobliński zmienił się jako człowiek po wejściu w trzydzieści różnych poetyckich światów niejednokrotnie diametralnie różnych od swojego?

P.G.: Okazało się, że jestem chyba lepszym redaktorem niż autorem. Każdy poeta ma gdzieś w sobie przekonanie o własnej wyjątkowości, które musi zweryfikować, gdy co miesiąc dostaje kilka propozycji z wierszami równie dobrymi, a może lepszymi niż jego własne. Czyli lekcja pokory, ale też lekcja dialogu — nie z każdym autorem pracowało się bezboleśnie.

R.R.: Zdradzisz, z kim pracowało ci się najciężej? I dlaczego?

P.G.: Z Samanthą Kitsch — ktokolwiek kryje się pod tym pseudonimem. W ogóle nie rozumiała idei wspólnego redagowania tekstów. Myślę, że myliła redaktora z człowiekiem od łamania i składu.

R.R.: A z kim współpracę wspominasz najlepiej?

P.G.: Z Kacprem Bartczakiem, który mieszka niedaleko mnie, spotykaliśmy się w przydomowych ogródkach. Raz nawet poczęstował mnie winem. Robert Miniak i Michał Murowaniecki bardzo uważnie wczytywali się w moje sugestie. Bardzo ciekawa była też praca z Jolą Sowińską-Gogacz, której wiersze początkowo odrzuciłem. Nie obraziła się, tylko kazała wytłumaczyć, co jest moim zdaniem źle. Już po roku dyskusji nad tymi wierszami wyszła nam całkiem dobra książka. Dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi.

R.R.: Czy wydajesz takie książki, które sam chciałbyś czytać, czy mechanizm wydawniczy działa mimo wszystko inaczej? Jakimi kryteriami kierujesz się podczas przyjmowania bądź nie propozycji wydawniczych?

P.G.: Coś w tych wierszach musi mi się podobać, jeżeli nic mnie w nich nie rusza — nie ma w ogóle rozmowy. Po drugie autor musi chcieć wydawać w Kwadraturze. Na ogół to poeci przysyłali mi propozycje, inicjatywa wyszła ode mnie w przypadku Kacpra Płusy i Izabeli Kawczyńskiej. Ważna jest też jakaś równowaga, staram się równoważyć autorów łódzkich „zagranicznymi”, dbać o parytety płci, wykształcenia, opcji ideowych i poetyki.

R.R.: Dużo propozycji wydawniczych w ciągu tych ośmiu lat odrzuciłeś?

P.G.: Mam kłopot z odrzucaniem, nie jestem asertywny. Z reguły kluczę i mętnie się tłumaczę, za co wszystkich niniejszym przepraszam. Propozycji było dwa — trzy razy więcej. No i nawiedzający mnie grafomani z reklamówkami pełnymi rękopisów, za to bez żadnej świadomości literackiej.

R.R.: Masz jakąś ulubioną książkę Kwadratury?

P.G.: Powinienem odpowiedzieć, że wszystkie swoje dzieci kocham tak samo, ale to byłoby mało ciekawe. Dlatego powiem, że bardziej lubię kobiety. Sonia zmienia imię Teresy Radziewicz i Chłopcy dla Hekate Izabeli Kawczyńskiej to dla mnie pozycje wyjątkowe, także dlatego, że udało mi się tak dobrać ilustracje, by uzyskać dodatkową wartość dla przekazu książki. Dwóm zdolnym poetkom towarzyszą prace dwóch znakomitych malarek — odpowiednio Magdy Moskwy i Karoliny Matyjaszkowicz.

R.R.: Zdawałoby się, że Łódzki Dom Kultury, siedziba wydawnictwa, to sprzyjające i wspierające otoczenie dla twojej inicjatywy wydawniczej. Tak jest w istocie, czy poezja w instytucjach kulturalnych traktowana jest równie po macoszemu, co, powiedzmy, na półkach w popularnych księgarniach czy salonach prasowych? 

P.G.: Jest tolerowana. Czasami słyszę narzekania, że tymi pudłami tylko zawalam magazyn. W instytucjach kultury coraz bardziej liczy się aspekt finansowy. Ważne jest to, co pozwala przeżyć. Przez osiem lat udało mi się sprzedać dwa i pół tysiąca książek, załatwić sponsora na druk kilkunastu tomików, ale bilans wciąż jest ujemny. Chyba, że policzymy to, co tak strasznie trudno zmierzyć „wskaźnikami ewaluacji” — wartość kulturotwórczą, rozwój języka.

R.R.: W jakich kolorach przedstawia się przyszłość Kwadratury? Idzie nowe?

P.G.: W jakich kolorach? Czarnym… i białym — czarne litery na białym tle to przyszłość wydawnictwa. Niestety, niewiele więcej mogę powiedzieć. Może jakaś akcja crowdfundingowa… Na pewno kolejny tomik będzie wyglądał inaczej.

R.R.: Znasz już nazwisko autora, który otworzy drugą serię Kwadratury?

P.G.: Mam kilka propozycji, ale jeszcze nie wiem, kogo uda się wydać. W ogóle to lubię wydawać, gorzej z zarabianiem…

R.R.: W takim razie trzymam kciuki za nową serię i życzę nie tylko takich sukcesów, które trudno zmierzyć „wskaźnikami ewaluacji”, ale i tych jak najbardziej wymiernych. Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 2/2015, s. 158-162]

Teraz czytasz:

Lubię wydawać, gorzej z zarabianiem.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...