Małymi literami o wielkich sprawach

poniedziałek, 7 grudnia 2015 | Komentarze: 0

Olgerd Dziechciarz to człowiek wielu talentów i profesji. Był między innymi opiekunem kolonijnym, ratownikiem na basenie, statystą filmowym, pomocnikiem ślusarza, nocnym stróżem, tragarzem, ogrodnikiem i konserwatorem przyrody, bukinistą, nauczycielem, piarowcem, konferansjerem, a nawet, jak sam stwierdza, niewydarzonym biznesmenem. Przede wszystkim jednak to autor kilkunastu książek popularyzujących dzieje ziemi olkuskiej, czterech tomów felietonów, siedmiu tomów poetyckich, czterech zbiorów opowiadań i dwóch powieści. Jak widać, literatura wcale nie musi przeszkadzać życiu, podobnie jak życie literaturze.
Z Dziechciarzem-poetą porozmawiamy o zamykającym poetycką część jego najnowszej książki wierszu zatytułowanym „jaki jest bóg”.

jaki jest bóg

bóg jaki jest
każdy widzi

Robert Rutkowski: Pomiędzy wydanym w 2011 roku tomikiem Mniej niż zło a Przewróconą ósemką z roku ubiegłego zdążyłeś opublikować dwie powieści i zbiór opowiadań. Zawrotne tempo. Nad czym pracuje ci się trudniej, nad poezją czy nad prozą? Czujesz się bardziej poetą czy prozaikiem? A może takie rozróżnienie nie jest dla ciebie istotne, bo wszystko to jest po prostu literaturą?

Olgerd Dziechciarz: Pewnie z boku wygląda to na literacki pracoholizm, bo co rok prorok. Prawda jest taka, że w tym czasie — w całości — napisałem tylko Wielkopolskiego, choć faktycznie, tempo miałem wtedy iście olimpijskie (machnąłem go w trzy tygodnie). Małopolski i Pakuska to rzeczy starsze, pisane innym rytmem. Kim się czuję? Na to klasyczne Norwidowskie pytanie odpowiem Norwidem: „raczej tylko bywam”. I to zarówno poetą, jak i prozaikiem. Dla wielu jestem facetem organizującym konkurs poetycki im. Kazimierza Ratonia — i nikim więcej. Nie traktują mojego pisania poważnie. Równie dobrze mógłbym im wmawiać, że jestem baletnicą, a i tak pokiwaliby lekceważąco głową. Filozoficznie rozumując jestem więc tym, kim jestem w danym momencie. A co się trudniej pisze? Powiem tak: wszystko trudno się pisze! Najtrudniej: „na zlecenie”, „na wczoraj” i „za darmo” — to już właściwie katastrofa gorsza od trypra.

R.R.: Nietrudno rozszyfrować tytuł twojej nowej książki poetyckiej, a tym samym domyślić się jakich tematów będą dotykały zamknięte w niej wiersze. Metafizyka to dla ciebie nieodłączna tkanka poezji? Wiersze ze wspomnianego już tomu Mniej niż zło również krążyły wokół tego typu zagadnień. Zresztą konstrukcja obu tych książek jest bardzo podobna…

O.D.: Musze ci wyznać, że nie planowałem Przewróconej ósemki. Po Mniej niż zło, tomie oszczędnym i zdystansowanym, chciałem odpocząć od poezji. Nie udało się. Na przestrzeni dwóch, trzech lat przyszło do mnie trochę wierszy, które podrzuciłem do przeczytania Łukaszowi Jaroszowi. On jest szczery do bólu. Kiedy powiedział, że mu się podobają i zapytał, czy planuję nowy tom, pomyślałem, a co mi tam, przecież rządni poezji czytelnicy czekają (wiem, czerstwy dowcip). I wydałem Przewróconą ósemkę. A dlaczego metafizyka? To chyba kwestia wieku. Na wsi mawiają: jak trwoga, to do Boga. Po przejściu smugi cienia człowiek zaczyna odczuwać trwogę. Pozostaje zainteresować się Bogiem, albo — jak zalecał Faulkner — popaść w alkoholizm. Summa summarum wybrałem oba warianty.

R.R.: Jaką „smugę cienia” masz na myśli?

O.D.: Myślę o tej chwili, w której przestajemy ufać we własną nieśmiertelność.

R.R.: Zanim przejdziemy dalej, chciałbym jeszcze zapytać o pewną niekonsekwencję, która bardzo rzuca się w oczy podczas lektury tomu. Słowo „bóg” piszesz raz wielką, a raz małą literą. Dlaczego?

O.D.: Nie wszystkie wiersze były pisane z pozycji — że tak się wyrażę — Cioranowskich, więc raz przyjmuję jego tendencję poniżania boga (a nic tak bogu nie uwłacza jak mała litera na początku słowa), innym razem zwycięża we mnie tradycyjne katolickie wychowanie, wtedy piszę „na kolanach” i Bóg jest pisany wielką literą. A może po prostu jestem konsekwentnie niekonsekwentny? W tej sprawie i tak najbardziej konsekwentny jest Bóg (ten kreślony wielką literą), którego konsekwencja jest wręcz dogmatyczna.

R.R.: Wierzysz w dogmaty?

O.D.: Wierzę, ale nie dogmatycznie.

R.R.: W Przewróconej ósemce, ale też w poprzednim tomiku, Mniej niż zło, krążysz wokół spraw ostatecznych, ale nie epatujesz nimi. Rzadko zdarzają się górnolotne słowa, patos. Zastępują je proste, codzienne obserwacje, czasem nawet poetyckie anegdoty, w których to, co ostateczne właśnie, jest schowane — często obecne, rzadko nazywane. To trochę takie pisanie małymi literami o wielkich sprawach? Zgodzisz się z takim rozpoznaniem?

O.D.: A czy mogę się nie zgodzić, skoro trafiłeś w samo sedno?!

R.R.: Kiedy zastanawiałem się, w którym z tegorocznych numerów „Arterii” zamieścić rozmowę z tobą, zdałem sobie sprawę, że wiersz „jaki jest bóg” mógłby równie dobrze znaleźć się w numerze historycznym, co kosmicznym, że o komicznym nie wspomnę. Jak się czujesz jako autor uniwersalny?

O.D.: Normalnie. Oddech spokojny, ciśnienie w normie. I żadnych skutków ubocznych, poza pragnieniem. Inna sprawa, że ostatnio coraz mniej rzeczy mnie denerwuje. Najprawdopodobniej to zbawienny skutek zażywanych antydepresantów albo melancholii, w którą zapadam niczym zbliżony do mnie wiekiem książę Salina z Lamparta Lampedusy. A uniwersalny to jest żołnierz, szampon, ewentualnie otwieracz do konserw. Dla mnie to słowo jest synonimem wyrażenia „do wszystkiego, czyli do niczego”.

R.R.: Kiedy niedawno rozmawiałem w „Arteriach” z Maciejem Robertem, wytknął mi, że wybrałem do niniejszego cyklu najkrótszy wiersz z jego tomu i zastanawiał się, co można powiedzieć o siedmiu wersach… W twojej twórczości poetyckiej minimalizm gra pierwsze skrzypce. Wiersz „jaki jest bóg” można odczytać na wiele sposobów, od poważnego, przez groteskowy, na absurdalnym kończąc — mimo że ma zaledwie pięć słów. A w jaki sposób ty go odczytujesz? Jaka była twoja pierwsza myśl, kiedy skończyłeś go pisać?

O.D.: Właśnie, wiersz Macieja przy moim to prawie epos! Jak ja mam się czuć?! W ogóle nie liczysz się z moimi uczuciami! Wracając do pytania. Jaka była pierwsza myśl? Pierwszej nie pamiętam. Pamiętam ostatnią. Łukasz [Jarosz — przyp. R.R.], redagując mój tom, zasugerował, żebym ten wiersz wywalił. Pomyślałem, że może ma rację.

R.R.: To, jak sądzę, najbardziej wieloznaczny wiersz w książce. Cieszę się, że nie posłuchałeś Łukasza. Właśnie, a jak to jest u ciebie z autorytetami? I od razu drugie pytanie: liczysz się w ogóle z opinią czytelników czy krytyków na temat swojej twórczości, czy skupiasz się na samym pisaniu, a reszta jest już poza tobą?

O.D.: Z autorytetami jest u mnie tak, że się z nimi liczę, ale niekoniecznie we wszystkim. Podobnie jest z czytelnikami i krytykami. Krytyka zresztą nie za bardzo się mną interesuje, więc czemu ja mam interesować się krytyką? Krótko mówiąc, jakby chciało się słuchać wszystkich, to lepiej dać sobie spokój z pisaniem, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.

R.R.: Pamiętasz okoliczności powstania tego wiersza?

O.D.: Nie, ale okoliczności przy dziewięćdziesięciu procentach wierszy są podobne: siadam i gryzmolę w kajeciku. Szczególne były tylko okoliczności powstania wierszy z cyklu Mityfikacje, które drukowaliście w „Arteriach”, a których autorem jest moje alter ego, Tytus Żalgirdas. Tamte historie mi się przyśniły. Kto czytał, ten wie, że są to opowieści, przy których śnienia Leirisa zdają się subtelne niczym muśnięcia babiego lata. Na ogół jest jakaś myśl, a potem zadowolenie, gdy uda się ją klarownie ułożyć w wiersz. Czasem proces powstawania wiersza kończy się ekstatyczną euforią, człowiek wyskakuje — w czym tam jest albo i nago — na ulicę i ściska przypadkowo napotkanych przechodniów.

R.R.: Na to chyba są nawet odpowiednie paragrafy… Często zdarza ci się biegać nago po Olkuszu i ściskać przechodniów? Czy mieszkańcy wiedzą, co to oznacza i kiwają z aprobatą głowami, mówiąc: „Zobacz, Dziechciarz znowu napisał jakiś świetny wiersz…”?

O.D.: Jeśli napiszę jakiś naprawdę dobry wiersz, obiecuję ci, że wybiegnę nago na ulicę. Na razie nie mam przekonania, że taki napisałem. Jestem bardzo krytyczny wobec siebie. Dużo bardziej niż wobec innych.

R.R.: A serio, w jaki sposób piszesz? Długo, a potem skracasz, aż zostaje samo „mięso wiersza”, jak w „jaki jest bóg”, czy przeciwnie, to myśl, która trafia cię nagle i domaga się zapisania?

O.D.: Lubię, kiedy wiersze przychodzą do mnie jak przyzwoite dziewczyny: pojedynczo. Mogę im się wtedy dobrze przyjrzeć. Ale bywają też w watahach, do tego niesforne, nieugłaskane. Wówczas trzeba je okiełznać, a jeśli się nie dają, należy je bez żalu porzucić. Nie ma nic gorszego niż zły wiersz, do którego się przywiążemy. Znów wypadałoby posłużyć się przykładem niewieścim, ale nie chcąc wyjść na mizogina, wolę skończyć wątek.

R.R.: Ale zostańmy w tej metaforyce. Od lat jesteś związany z jednym wydawnictwem, Mamiko. Nie myślałeś, żeby spróbować czegoś nowego? Zmiana perspektywy zwykle bywa korzystna. A może wydajesz tam już z przyzwyczajenia? Czy ty i Mamiko to małżeństwo jednocześnie z rozsądku i miłości i nie czujesz potrzeby szukania przygód?

O.D.: Naprawdę myślisz, że gdybym wydawał w Znaku albo w Biurze Literackim, to pisałbym lepiej? Poza tym zdarza mi się współpraca z innymi wydawnictwami. Ale faktycznie, najdłużej współpracuję z Mamiko. Lubię to wydawnictwo, bo ono niewiele ode mnie wymaga i ja niewiele wymagam od niego. Nasze „pożycie” jest wyjątkowo zgodne, niemal jak w małżeństwie hippisów, gdzie nikt się nie przejmuje takimi pierdołami, jak skok w bok. Jeśli więc będzie okazja, to — kto wie — może skoczę.

R.R.: Nie chodziło mi o to, że lepiej. Choć to, co powiedziałeś o wymaganiach zabrzmiało trochę gorzko.

O.D.: Dlaczego gorzko? Cieszę się, że nikt mnie nie zmusza do brania udziału w jakimś promocyjnym cyrku, który bardzo stresuje, a przecież niewiele daje. Najważniejsze, że wydawca stara się, by książki były dostępne. Cokolwiek ponad to jest dla mnie udręką… Żebracze zabieganie o recenzje, wypatrywanie frekwencji na spotkaniach autorskich i smutek, gdy frekwencja „nie przyszła”, samotne godziny na targach książki i zazdrosne spojrzenia na sąsiedni boks, gdzie sprzedają gry komputerowe… Czy można tego pragnąć, jeśli nie jest się masochistą albo autorem wierszy zaangażowanych?!

R.R.: Zostawmy czytelników z tym pytaniem. Dziękuję za rozmowę.

O.D.: Również dziękuję.

[prwdr.: „Arterie”, nr 2/2015, s. 251-255]

Teraz czytasz:

Małymi literami o wielkich sprawach.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...