Mniejsze lub większe kłamstwo

wtorek, 23 lutego 2016 | Komentarze: 4

Jakobe Mansztajn do literatury polskiej wszedł przebojem. Przebój ten nosił tytuł Wiedeński high life i został między innymi uhonorowany Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius 2010 w kategorii „debiut roku”, a także nominacją do Nagrody Literackiej Gdynia w dziedzinie poezji. Druga książka, Studium przypadku, nominowana do ubiegłorocznej edycji Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, jest najlepiej sprzedającą się książką poetycką w historii wydawnictwa WBPiCAK. Ale na tym nie koniec. Tylko w styczniu bieżącego roku udało się Mansztajnowi m.in. przejść GTA 5 oraz trzy razy odmówić wizyty w „Dzień Dobry TVN” (przypuszczam, że te wydarzenia mogą być ze sobą powiązane). Tym bardziej więc miło, że wśród natłoku obowiązków poeta znalazł czas dla „Arterii”.
Do niniejszego cyklu wybrałem ze Studium przypadku wiersz zatytułowany „Paul Celan wychodzi na balkon”, o którym rozmawiamy nie patrząc sobie w oczy — ja w Łodzi, gdzie właśnie spadł pierwszy śnieg, a Jakobe gdzieś w okolicach Ankary, gdzie o tej porze roku spada co najwyżej ciśnienie.

Paul Celan wychodzi na balkon

była jesień, a polska rozkwita jesienią,
przy takich kolorach trudno nie pomyśleć,
jaka piękna jest przyroda, kiedy umiera.
jaka szkoda, że nie można tego również

powiedzieć o ludziach. z drugiej strony
rychło byśmy się pochorowali, porzygali
wszyscy w domu od nadmiaru piękna,
a nie o to w życiu idzie, aby na czworakach

iść przez życie, ale o to, aby wyjść
nieraz na balkon i zajęknąć szeptem z bólu:
popatrz, matulu, jakie piękne tej jesieni
są kolory, jakie są obrzydliwie piękne.

Robert Rutkowski: Studium przypadku to twoja druga książka poetycka i druga tak mocno przesiąknięta śmiercią. Wygląda na to, że temat samobójstwa cię prześladuje. Powinniśmy się martwić?

Jakobe Mansztajn: Jeszcze nie wiem. Poczekajmy na trzecią. Ale nie ukrywajmy tego dłużej — śmierć to świetny temat. Zwłaszcza dla kogoś, kto nie jest skory do wzruszeń. A mnie, jako fatalny produkt tych nieczułych czasów, trudno wzruszyć, wyświetlając slajdy skowronków na tle różowego nieba. Trzeba mocniej, a nie ma mocniej niż śmierć. A jeśli dodać do tego, że śmierć, w postaci właśnie samobójstwa, pojawiła się w moim życiu dość wcześnie, między sielskim dzieciństwem a młodością durną, to później efekt jest taki, że o niczym innym albo nie potrafisz, albo nie chcesz, i troszkę ci z tego powodu odpierdala.

R.R.: Konsekwentnie uprawiasz lirykę maski. W poprzedniej książce wypowiadałeś się przez Marcina. W Studium… mówi Dariusz, ale nie tylko — znajdziemy tutaj choćby Berrymana, Celana, Plath i innych (łączy ich to, że odebrali sobie życie), sam podpisujesz się pseudonimem. Dlaczego unikasz mówienia we własnym imieniu?

J.M.: Bo kogo interesują ponure wynurzenia anonimowego poety z Gdańska? Ale jeśli dla tych wynurzeń znaleźć nową formę, przenieść je z poziomu poezji konfesyjnej na poziom — powiedzmy — poezji fabularnej, dodać narratora i bohaterów drugoplanowych (realnych czy zmyślonych, nieistotne), i scenerię ciut bogatszą niż tylko kontekst własnych doświadczeń, to nieoczekiwanie robi się ciekawiej i czytelnik zamiast czytać TWOJĄ historię — czyta po prostu HISTORIĘ, która niejako przy okazji jest twoja. Dla mnie to zabieg czysto estetyczny. Jeśli chodzi o pseudonim, to on akurat mówi o mnie i mojej historii rodzinnej najwięcej. I tu nie ma maski, jest otwarta przyłbica.

R.R.: Zdradzisz w takim razie kilka szczegółów tej historii?

J.M.: Trudno byłoby zacząć i skończyć po kilku zdaniach. Odpowiem w ten sposób: kiedy kilka lat temu, po namowach moich rodziców, matka mojej matki zdecydowała się w końcu przeprowadzić do naszego domu, byłem chłopcem dość beztrosko podchodzącym do zaprzeszłych spraw mojej rodziny. Mówiło się wprawdzie, że dziadek spędził kilka miesięcy w niewoli niemieckiej, zanim spektakularnie prysnął, ale niespecjalnie więcej. Odkąd zamieszkała z nami babcia, zaczęły się odsłaniać przede mną większe fragmenty. Siadałem w kuchni i słuchałem, jak opowiada. Czasem jej się myliło. Czasem jedną historię powtarzała kilka razy, pytając notorycznie, czy już o niej przypadkiem wcześniej nie wspominała. Ale kiedy opowiedziała mi historię kilku tygodni spędzonych w szambie, gdzie ukrywała się przed hitlerowcami plądrującymi jej wioskę, nic jej się nie myliło. Słuchałem i miałem ciarki. Chciało mi się płakać. Powiedziałem jej wtedy, że już nikt nigdy nie powinien się przed nikim tak ukrywać.

R.R.: Wybrałem do niniejszego cyklu wiersz „Paul Celan wychodzi na balkon”, ale nie dlatego, że z tomiku podoba mi się najbardziej czy jest najbardziej dyskursywny. Studium przypadku to trochę taki koncept album, gdzie poszczególne wiersze „rozmawiają” ze sobą, przenikają się, stąd — mam wrażenie — tyle tutaj powtórzeń potęgujących klaustrofobiczną atmosferę książki, czy zdrobnień, które próbują „bagatelizować” tragedie, którym przyglądamy się z boku. Pojedyncze wiersze oczywiście się bronią, ale w pełni wybrzmiewają właśnie w książce, w narzuconym autorsko porządku lektury. Gdybyśmy rozmawiali o którymkolwiek z wierszy ze Studium…, rozmowa zapewne wyglądałaby podobnie. Zgodzisz się z takim rozpoznaniem?

J.M.: To jest siła i zarazem słabość koncept albumów. Ja się oczywiście starałem, aby te połączone ze sobą naczynia funkcjonowały także samodzielnie, żeby można było wyjąć z książki jeden wiersz i przeczytać go jako oddzielną historię, bez oglądania się na resztę. Bierzesz w rękę, na przykład, taki tekst o Kurcie Cobainie i za sprawą czytelnego kontekstu nie masz problemów z jego odczytaniem. Ale właśnie, siła rażenia wiersza będzie mniejsza. A to dlatego, że obok swojej tradycyjnej funkcji wiersze w Studium… pełnią także rolę spoiwa między tym, co przed chwilą przeczytałeś, a tym, co przeczytasz za chwilę. Z tej przyczyny wolę o swoich tomikach mówić „książki”. Tomik sugeruje zbiór elementów; książka sugeruje pewną całość.

R.R.: Czy takie opisywanie tracenia/ utraty, bo o tym głównie jest dla mnie ta książka, nie jest jednocześnie próbą ocalenia tego, co tracone? Ocalenia oczywiście dla pamięci.

J.M.: Pewnie. Lata temu, włócząc się z moim przyjacielem po Żabiance, licytowaliśmy się na nasze przyszłe dokonania. Ja twierdziłem, że gdy dorosnę, zostanę pierwszym Polakiem grającym w NBA. Jacek, mój przyjaciel, powiedział, że założy bank swojego imienia i będzie udzielał pożyczek naszym kumplom. Zapytałem, po cholerę akurat bank. Odpowiedział, że po taką cholerę, że w ten sposób ludzie go zapamiętają. Po śmierci Jacka tamta rozmowa wracała do mnie jak jakiś ponury refren. Ostatecznie zamiast pierwszym Polakiem w NBA zostałem poetą i zamiast wygrzewać się na plażach Miami, wziąłem się za karkołomną, może nawet rozpaczliwą, próbę przedłużenia życia swojego przedwcześnie zmarłego przyjaciela. Nie ma we mnie wiary w zjawiska nadprzyrodzone, a jedyne życie po śmierci istnieje w pamięci tych, którzy zostali. A przecież nic tak nie pielęgnuje pamięci jak literatura.

R.R.: „Czarne nad i pod głowami pole”, tytuł drugiej części tomiku, gdzie udzielasz głosu m.in. Celanowi, sugeruje przenikanie się światów żywych i umarłych. Dlatego Paul Celan może kontemplować polską jesień. Polska jesienią, dajmy na to w listopadzie, plus autor „Fugi śmierci” — tego połączenia nie rozładują nawet pojawiające się natrętnie „duszki Goi”, „słoneczko”, „koniaczek”, „ogóreczki na zagryzeczkę” czy „wódeczka”, choć starają się trywializować śmierć, jakkolwiek efekt jest przeciwny — podkreślając jej absurd i bezsens potęgują jeszcze jej tragizm. I tutaj pytanie: Czy nie da się już dzisiaj pisać o ważnych sprawach językiem nieironicznym? Opowiadając poważnie o poważnych sprawach jesteśmy najczęściej traktowani niepoważnie, a poważnie — gdy jesteśmy prześmiewczy…

J.M.: Na pewno się da. To kwestia wyboru. Jest przecież mnóstwo „poważnych” poetów, których wspaniale się czyta. Wiersze Ryszarda Krynickiego może niekoniecznie zrobiłyby karierę na Demotywatorach, a to przecież jeden z chętniej czytanych polskich poetów. Tyle że ja postanowiłem inaczej: o sprawach poważnych mówić niepoważnie. Nie dlatego, że planuję karierę na Demotywatorach, ale dlatego, że to jest mój naturalny język. Przefiltrowany przez ironię, groteskę, hiperbolę. Dorastałem przy Szklanej pułapce, olśnienia przeżywałem nad opowiadaniami Rolanda Topora i od jakichś piętnastu lat żyję w Internecie. Kiedy wypowiadam myśl wprost, nie opakowując jej w złotko — dajmy na to — ironii, mam wrażenie, że czegoś brakuje, że to jest za łatwe, że mamy do czynienia z Coelho, Kalicińską, jakimś produktem niedokończonym. Droga z miejsca A do miejsca B odbywa się po linii prostej — mnie w literaturze takie wycieczki nudzą. A przecież liczba złotych myśli jest skończona. Wszystkie mądrości ludzkości już dawno zostały wypowiedziane. Teraz szukamy nowych środków wyrazu, aby znów w te myśli uwierzyć.

R.R.: Dlaczego „język polski rozmija się z prawdą”?

J.M.: Kiedyś napisałem jeszcze dobitniej: że wiersze różnią się od poezji zapisem, bo poezji nikt jeszcze nie napisał. Język polski, francuski, mandaryński — wszystkie języki świata próbują przekładać doświadczenie na słowa. Na tym polega istota komunikacji i na tym polega istota literatury. Próbuję ci opowiedzieć, co mi w duszy gra, ale to zawsze będzie mniejsze lub większe kłamstwo. Nawet doświadczenie siedzenia na niewygodnym fotelu jest nieprzekładalne. Można je opisać, pięknie i ze szczegółami, ale od czytania nie rozbolą cię pośladki. W tym sensie język polski rozmija się z prawdą.

R.R.: Jeden z laureatów Nagrody im. Wisławy Szymborskiej, do której byliście wspólnie nominowani, Roman Honet, w rozmowie z Justyną Sobolewską stwierdził, że wiersze powinny boleć. Zgadzasz się z tym? I czy wiersz w ogóle cokolwiek powinien, poza tym, że powinien być i być, nazwijmy to dość polemicznie, dobry?

J.M.: Kiedy mowa o bolących wierszach, wyobrażam sobie, że chodzi o marker somatyczny, taki wewnętrzny dzwoneczek, który sygnalizuje autorowi, że jego wiersz rezonuje. Wprawdzie rezonuje w nim, czyli autorze, co nie musi być przecież dobrą prognozą, ale biada wierszom, które nie rezonują nawet w duszach swoich autorów. Taki ból czasem łączy się z innym bólem, zwanym przez złośliwych bólem tworzenia. Jeśli o ten ból chodziło Honetowi, to trudno się nie zgodzić. Wiersze nie powinny przychodzić zbyt łatwo. Tak samo jak obrazy nie powinny się zbyt łatwo malować, a filmy zbyt łatwo kręcić. Wierzę w wysiłek. Im więcej potu, tym lepsze dzieło. Nie można „Ulissesa” jebnąć na przysłowiowym kolanie. Czasem wprawdzie schodzi z niebios dajmonion, dobry duszek, i szepcze ci cały wiersz przez ramię, a ty go tylko pokornie spisujesz, ale taka sytuacja to jest stan nadzwyczajny. Zdarza się prawie nigdy. Poważni poeci, nawet ci ironiczni, muszą swoje wycierpieć.

R.R.: Zakończmy tym optymistycznym wnioskiem. Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 3/2015, s. 221-225]

Teraz czytasz:

Mniejsze lub większe kłamstwo.

Szczegóły:

4 odpowiedzi do “Mniejsze lub większe kłamstwo”

Zostaw komentarz...