„Wyszedłem tylko wyrzucić śmieci”

czwartek, 20 października 2016 | Komentarze: 0

— Wyrzucisz w końcu te śmieci? — zapytała ze zniecierpliwieniem zza drzwi. — Co ty w ogóle robisz tyle czasu w tej łazience?
— Nic. — Pierwsze słowo, które przyszło mu na myśl, kiedy jej głos wyrwał go z bezmyślnego wpatrywania się w swoją twarz w lustrze, żadnego z nich nie zaskoczyło. 
Sięgnął do kosza na brudną bieliznę po pierwszy z brzegu T-shirt. Powąchał go na wszelki wypadek, przerzucił przez ramię i poszedł do kuchni. Julia zmywała naczynia. Obserwował ją przez chwilę, zastanawiając się, jak mogłoby wyglądać jego życie bez niej. Jakim byłby człowiekiem, gdyby na jej miejscu nie było teraz nikogo lub gdyby ostatnie jedenaście lat swojego życia spędził z kimś zupełnie innym?
Założył podkoszulek, a Julia bez słowa przesunęła się, by mógł wyciągnąć śmieci z szafki pod zlewem.
Na zewnątrz zaczynało robić się chłodniej i choć dało się już odczuć wyraźną ulgę od niemiłosiernego upału, nie lubił tej pory dnia, kiedy trudno powiedzieć, czy jest jeszcze widno, czy już ciemno. Świat zaczynał tracić kolory, co potęgowało jeszcze dojmującą szarość blokowiska, w którym spędził większą część swojego dorosłego życia.
Chciał delikatnie przymknąć drzwi do klatki schodowej, ale silny powiew wiatru niemal natychmiast wyrwał mu je z ręki. Trzasnęły tak mocno i głośno, że przez chwilę sprawdzał, czy nic nie odpadło. Chwycił za klamkę. Drzwi były zamknięte, a przez domofon dochodziły niewyraźne, pochodzące jakby z rozregulowanego radioodbiornika, odgłosy kłótni sąsiadów z drugiego piętra, którzy notorycznie źle odkładali słuchawkę, zapraszając tym samym na kolejne odcinki nudnego i do bólu przewidywalnego słuchowiska, które jednak mimo wszystko doczekało się wiernych słuchaczy.
Wyrzucił śmieci do pobliskiego kosza i powoli ruszył w stronę swojego bloku. Kiedy stanął przed drzwiami do klatki schodowej, zorientował się, że wychodząc z domu, nie wziął kluczy. Zdarzało mu się to bardzo rzadko. Zazwyczaj chował je odruchowo, nawet o tym nie myśląc. Raz jeszcze przeszukał kieszenie dresów. Były puste.
Wcisnął przycisk domofonu, przy którym widniał numer jego mieszkania.
— Słucham — głos Julii zniekształcony przez urządzenie brzmiał jeszcze bardziej szorstko niż zwykle.
— Otwórz — powiedział i chwycił za okrągłą klamkę metalowych drzwi.
— Kto tam?
— Jak to kto? Ja. Otwórz! — powtórzył trochę już zniecierpliwiony.
— Jaki „ja”?
— Julka, przestań się wygłupiać. Naprawdę nie mam ochoty na żarty — powiedział podirytowany, ale zamiast dźwięku otwieranych drzwi usłyszał trzask odkładanej słuchawki.
Przez chwilę stał osłupiały, próbując zebrać myśli, po czym cofnął się parę kroków i spojrzał w okno na trzecim piętrze. Wydało mu się, że firanka nieznacznie się poruszyła, a niewyraźny cień, który musiał należeć do Julii, podobnie jak on zastygły teraz w bezruchu, próbował za wszelką cenę pozostać niewidoczny.
Wrócił przed domofon i zadzwonił jeszcze kilka razy, ale nikt już nie odebrał.
Kiedy tak stał, zastanawiając się, co robić, niespodziewanie otworzyły się drzwi. Z klatki schodowej wyszedł starszy mężczyzna, którego, miał wrażenie, widział po raz pierwszy. Nigdy jednak nie miał pamięci do twarzy. Zdarzało się, że nie mówił „dzień dobry” osobom ze swojego bloku, bo ich zwyczajnie nie kojarzył. One za to musiały kojarzyć go doskonale — jako sąsiada, którego nie stać nawet na ten elementarny wyraz uprzejmości. Tym razem ukłonił się i przytrzymał nawet drzwi, a potem, najszybciej jak potrafił, wbiegł po schodach na trzecie piętro.
Zadzwonił kilka razy nerwowo, a gdy nie przyniosło to efektów, zaczął walić coraz mocniej pięścią w drzwi.
— Otwieraj, do cholery! Co ci odbiło?!
Usłyszał zza drzwi głos Julii. Była zdenerwowana i wystraszona.
— Proszę odejść, bo wezwę policję. Nie wiem, czego pan chce, ale niech pan już przestanie! Dzieci bardzo się boją… — Uniósł rękę, by ponownie uderzyć w drzwi, powstrzymał się jednak. Bez względu na to, co się tutaj działo, ostatnią rzeczą, jakiej chciał, była krzywda jego dzieci.
Usiadł na podłodze i oparł się o zimną ścianę. Kiedy rozważał, co powinien teraz zrobić, usłyszał, jak pod blok podjeżdża na sygnale samochód. Doszedł do wniosku, że pewnie ktoś z „życzliwych” sąsiadów wezwał policję. Nie pomylił się. Po chwili stało nad nim dwóch mundurowych.
— No i dlaczego rozrabiasz, kolego? Taki miły wieczór psujesz… — powiedział jeden z nich. 
— Może i dobrze, że ktoś po was zadzwonił — powiedział zrezygnowanym głosem ni to do nich, ni to do siebie — Nie mogę dostać się do domu… To znaczy, wyszedłem tylko wyrzuć śmieci, a teraz żona nie chce mnie wpuścić… Nie wiem, o co chodzi… Może chociaż będę mógł z wami wejść na chwilę do mieszkania i… nie wiem… zabrać swoje rzeczy?
Po „Proszę otworzyć. Policja” drzwi nieznacznie uchyliły się i przez szparę dostrzegł Julię, która przyglądała mu się z niepokojem. Trzymała na rękach ich zapłakanego trzyletniego synka, a zza jej pleców zerkała na niego ich wystraszona dziesięcioletnia córka.
— Ja nie wnikam, o co chodzi — zaczął policjant — ale pani mąż powinien przynajmniej wziąć dokumenty. Proszę mu pozwolić wejść albo chociaż podać je nam, a potem pójdzie z nami. Niech się pani nie boi, jesteśmy tutaj. Jest pani bezpieczna i nic…
— Ale to nie jest mój mąż! — przerwała Julia — Mój mąż jest jeszcze w pracy. Tego pana widzę pierwszy raz w życiu!
Poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Policjanci spojrzeli po sobie, a potem utkwili w nim pytające spojrzenia.
— Julia… — wymamrotał, a kiedy próbował się podnieść, jeden z policjantów stanął tak, by uniemożliwić mu wejście do domu.
— Wygląda na to, że mamy problem — westchnął policjant. Zsunął czapkę lekko do tyłu i podrapał się w spocone czoło.
— Ten pan ma problem — oznajmiła pewniejszym już głosem Julia — Nie wiem, co się tutaj dzieje i nawet nie chcę wiedzieć… Chciałabym uspokoić dzieci, więc…
„Teraz albo nigdy” — pomyślał. Zebrał resztki sił, zerwał się z podłogi i rzucił w stronę mieszkania, taranując przy tym blokującego go policjanta. Julia ledwo utrzymała równowagę, kiedy odepchnął drzwi i wpadł do środka. Skierował się do dużego pokoju, gdzie zwykł trzymać portfel z dokumentami, a obok nich komórkę.
Pokój wyglądał dokładnie tak, jak go zostawił. Na stole stała niedopita kawa i gazeta otwarta na artykule, którego nie zdążył przeczytać. Rozejrzał się za portfelem i komórką, ale zamiast nich dostrzegł na komodzie zdjęcia w ramkach. Znajdował się na nich jakiś obcy mężczyzna. Obejmował Julię, uśmiechał się szeroko podczas spaceru z dziećmi i — w trójkątnej czapce z gazety — malował pokój, ten sam pokój, do którego teraz w ułamku sekundy wpadło niemal jednocześnie dwóch policjantów.
Znał doskonale te zdjęcia, pamiętał okoliczności, w jakich zostały zrobione. Wracały teraz do niego ze zdwojoną siłą, tak wyraźne, jakby to wszystko działo się wczoraj. Kim był człowiek, który zajął jego miejsce? Kiedy? Jak? Stał porażony tym, co zobaczył. Zupełnie nie wiedział, w jaki sposób zareagować. Choć trwało to zaledwie chwilę, miał wrażenie, jakby czas zwolnił bieg do tego stopnia, że mógłby spokojnie uniknąć biegnących w jego stronę i powalających go na ziemię umundurowanych mężczyzn.
Ocknął się w areszcie z bólem głowy. Był głodny i cuchnął potem. Usiadł na pryczy i zwiesił głowę.
— Już myśleliśmy, że się nie obudzisz — wyrwał go z letargu głos policjanta. — Masz farta. Zastanawialiśmy się, co z tobą zrobić, a tu nagle nasza sprzątaczka mówi, że cię zna, że mieszkasz na jej ulicy. Żona już po ciebie jedzie.
— Julia? — zapytał niepewnie.
— A skąd mam wiedzieć? Przecież nie znam twojej żony. Jak mówisz, że Julia, to pewnie Julia…
Była jedyną kobietą na komisariacie, więc — wyprowadzany w asyście dwóch policjantów — zauważył ją od razu i domyślił się, że to musi być ona. Z całą pewnością nie byłą Julią. Jeśli był czegoś pewien, to właśnie tego: to nie była Julia. Nawet jej nie przypominała. Kiedy go zobaczyła, natychmiast wstała od biurka, przy którym podpisywała jakieś papiery, podbiegła i przytuliła go mocno. 
— Tak się martwiliśmy… — wyszeptała i pocałowała go w szorstki od zarostu policzek. W przeciwieństwie do niego pachniała tak świeżo, że przez chwilę zastanawiał się, czy tak właśnie pachnie dom. Odruchowo ją objął. Po ostatnich doświadczeniach bał się mówić. Uznał, że najlepszą rzeczą, jaką może w tej chwili zrobić, jest czekanie na rozwój wypadków. Dopiero w najbardziej sprzyjającej chwili powinien podjąć odpowiednie kroki, choć za nic nie był sobie w stanie teraz wyobrazić, jakie by one miały być. W tym momencie liczyło się tylko to, by wyjść z komisariatu możliwie najszybciej, wykąpać się i coś zjeść.
Jechali w milczeniu taksówką przez miasto, którego nie rozpoznawał. Zrezygnowany przestał po chwili nawet mu się przyglądać. Patrzył przez okno nieobecnym wzrokiem. W trakcie kilkunastominutowej jazdy tylko raz zapytała go, jak się czuje, a gdy nie odwracając wzroku od okna, wydusił z siebie oschłe „Jestem głodny i boli mnie głowa”, dała spokój.
Kiedy wysiedli z taksówki, rozejrzał się niepewnie dokoła. Próbował dostrzec tabliczkę z nazwą ulicy i numerem posesji, ale o tej porze dnia, kiedy świat zaczynał tracić kolory, nie było to takie łatwe. Tuż za furtką podbiegł do niego pies, którego w pierwszej chwili się przestraszył, ale ten zaczął lizać go po ręku i łasić się, merdając ogonem.
Otworzyła drzwi i weszła pierwsza. Zdjęła buty i powiesiła klucze na przeznaczonym do tego uchwycie. Stojąc w progu, patrzył to na nią, to na wnętrze mieszkania, którego nie rozpoznawał. Widział je po raz pierwszy. Był tego więcej niż pewien.
— Dzieci są u mojej mamy! — Wychyliła się z kuchni i dostrzegła, że dość nerwowo się rozgląda. — Podgrzeję ci zupę, na pewno zrobi ci się lepiej, jak zjesz coś ciepłego… A teraz możesz się wykąpać. Zaraz przyniosę ci czyste rzeczy. Ręcznik jest na pralce.
Zamknął za sobą drzwi wejściowe. Szedł powoli przez długi przedpokój i otwierał wszystkie napotkane drzwi. Za trzecimi była łazienka. Wszedł do środka i przekręcił zamek. Nacisnął na klamkę, żeby upewnić się, że drzwi są zamknięte. Następnie odkręcił wodę, która głośno zaczęła wypełniać wannę. Przez chwilę siedział w bezruchu na jej skraju, wpatrując się w podłogę i wsłuchując w szum wody. Wreszcie wstał, ściągnął T-shirt, nachylił się nad umywalką i umył twarz. Mydło, którego najwyraźniej nie spłukał wystarczająco dobrze, zaczęło szczypać go w oczy. Sięgnął po omacku po ręcznik i wytarł twarz. Chciał przetrzeć lustro, które, nie wiedzieć kiedy, całkiem zaparowało, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Spoglądał na niewyraźnie odbitą w nim postać, na zarys twarzy, której nie miał odwagi zobaczyć. Szum wody stawał się coraz bardziej nieznośny.

[prwdr.: „Tygiel Kultury”, nr 1/2016, s. 231-235]

Teraz czytasz:

„Wyszedłem tylko wyrzucić śmieci”.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...