Od literackiego idealisty do sceptycznego pragmatyka

środa, 25 września 2019 | Komentarze: 0

Piotr Gajda to autor związany z „Arteriami” od samego początku ich istnienia i jedyny, który jest obecny w każdym numerze kwartalnika. W październiku 2018 roku przypadło dziesięciolecie wydania debiutanckiego zbioru wierszy tomaszowskiego poety, który, jakżeby inaczej, ukazał się jako pierwsza pozycja Biblioteki „Arterii”. Ten mały jubileusz to znakomita okazja, aby w cyklu „Jeszcze zdarzają się wiersze” przypomnieć jeden z moich ulubionych utworów z Hostelu.
A jeśli dodamy do tego, że 26. numer „Arterii” jest najprawdopodobniej ostatnim, trudno sobie wyobrazić bardziej symboliczne zakończenie niniejszego cyklu.

Anoreksja

Tłuste lata minęły. Garmażeryjne sklepy
są obojętne dla nadchodzącego tygodnia,
który nie je mięsa. Zajrzyj do garnków,
co się w nich gotuje? Czysta woda i pestki
figi. Czym nakarmimy wygłodniałe zlewy,
odpływy i rury? Chcesz być Ewą, bo po domu
krąży mit o zamrożonej w lodówce paczce
owoców „Rajski ogród”. W moich snach
ślinią się czyste obrusy, ale nie przyjmujemy
gości, chociaż są pełni protein. Moglibyśmy
wyjść i coś kupić, lecz mamy już wszystko.

Robert Rutkowski: W październiku minęło dziesięć lat od twojego debiutu. Jak widzisz Hostel po dekadzie od jego wydania?

Piotr Gajda: Mniej więcej z tej właśnie odległości czasowej (śmiech). Muszę ci się przyznać, że nie wracam do swoich książek jakoś tam od biedy wypromowanych z moim udziałem, rozdystrybuowanych i zrecenzowanych. Nie demonizuję też ich znaczenia, nie traktuje ich jak kamieni milowych na drodze twórczej. Wydałem, jak dotąd, sześć tomów z wierszami i z każdym kolejnym towarzyszy mi poczucie coraz większego dystansu do siebie, do mojego miejsca w tym dosyć przypadkowym i nierównym szyku literackim, do znaczenia tego wszystkiego, czym dzisiaj jest poezja, a szerzej literatura, która dziś bardziej przypomina jeden z tysięcy produktów dostępnych w markecie. Te z rozpoznawalną marką, droższe, znajdują się zawsze bliżej kasy. Pozostałe są poupychane na półkach. Stąd, jako producent określonego towaru, o którym wiem, że praktycznie jest niesprzedawalny (przede wszystkim medialnie, a czego nie ma w mediach to nie istnieje) jestem determinowany wyłącznie procesem produkcyjnym, natomiast mniej istotne znaczenie ma dla mnie cała reszta – debiut rynkowy, te wszystkie wojny cenowe, kampanie reklamowe, nieuczciwa konkurencja. Kiedy ogłosiłem drukiem Hostel, byłem jeszcze literackim idealistą, dzisiaj jestem sceptycznym pragmatykiem. Albo bankrutem (śmiech).

R.R.: Jakub Skurtys przy okazji recenzowania twojej innej książki, Śruby Archimedesa, pisze, że uważa Hostel za jeden z najlepszych debiutów 2008 roku. Tomik zostaje zauważony, a jednak nie tylko nie zdobywa znaczących nagród, ale nawet nie dostaje do nich nominacji. Jak sądzisz, z czego to wynikało?

P.G.: Szkoda mi czasu na tego rodzaju dywagacje. To nie jest ani mój problem, ani tym bardziej nie jest to problem ludzi, którzy przyznają te nagrody. Życie jest gdzie indziej. Mam przed sobą palce na klawiaturze i białe pole na monitorze, które nagle zaczyna wypełniać się literami, słowami, zdaniami układanymi w wersy. Nigdy, w żadnej innej sytuacji, nie jesteś tak blisko tego czegoś, jak w takiej właśnie chwili. A ty mnie tutaj pytasz o sprawy tak naprawdę wtórne.

R.R.: Czyli, parafrazując Verlaine’a, liczy się tylko akt pisania, a „cała reszta jest literaturą”?

P.G.: Liczy się przede wszystkim utrzymanie zdolności do pisania, która w pewnym sensie jest umiejętnością daną poecie przez, powiedzmy, Boga lub „jego emalię” (nie w religijnym, a transcendentalnym ujęciu) niekiedy nie na zawsze. Wymawiając słowo „transcendencja” myślę o tym, że pomimo wielu definicji twórczości jako takiej, nadal jest ona czymś niezwykłym, właśnie poprzez ten wspomniany przeze mnie dodatek niewiadomego. Chociaż nie zgadzam się, że stanowi on jakieś szczególne sacrum, a samych twórców (np. poetów) powinno się traktować jako postaci ulotne, eteryczne, stworzone do wyższych celów. Nie, mają (za przeproszeniem) zapierdalać jak inni. Z kolei ścisłego procesu twórczego nie da się zdefiniować jednym aktem poznawczym; nie jest tego w stanie uczynić ani odbiorca, ani sam twórca, który nie określi dokładnie wszystkich faz swojej twórczości. Dlatego nie można wyznaczyć jej ram czasowych (początku i końca), albo też ustalić, które z doświadczeń, emocji, przeżyć i wyborów artysty zaliczać do procesu twórczego, a które do pozostałych procesów związanych z jego funkcjonowaniem w codziennym życiu. I właśnie z tych rozmaitych niedookreśleń wywodzi się literatura. „Moglibyśmy / wyjść i coś kupić. Lecz mamy już wszystko” – napisałem w tym starym wierszu i dlatego z powyższych, ogólnikowo przedstawionych przeze mnie przyczyn, można odczytać tę puentę wciąż dość wieloznaczne.

R.R.: Tak kończy się „Anoreksja”. Zaczynasz ją natomiast słowami: „Tłuste lata minęły”. Umyślnie wziąłem właśnie ten wiersz na zamknięcie cyklu, bo to bardzo ładna klamra, zważywszy na to, że – jak na pewno wiesz – to najprawdopodobniej ostatni numer „Arterii”. Jak się czujesz, jako jedyny autor obecny w każdym numerze?

P.G.: Przyczyn jest co najmniej kilka. Po pierwsze, było we mnie ogromne „parcie na szkło” i z tego wzięła się ta moja wszechobecność. Po drugie, koledzy w redakcji byli tak leniwi, że tylko mnie się chciało do każdego numeru coś napisać. Po trzecie, nie mieli do dyspozycji lepszych tekstów niż moje. Po czwarte, wszystkie teksty znajdujące się w ich dyspozycji były tak złe, że zawsze wybierali te najmniej złe, czyli moje. Po piąte (i w tym tylko tkwi ziarenko prawdy), kwartalnik ukazywał się na tyle nieregularnie, że do każdego numeru miałem czas coś przygotować. I przygotowywałem: felietony, wywiady, recenzje literackie i muzyczne, a czasem nawet wiersze.

R.R.: Jak wspominasz okoliczności powstawania pisma? Był młodzieńczy zapał, czy raczej wykluwało się na chłodno? A może w bólach? Pytam z ciekawości, bo nie było mnie z wami od początku, dołączyłem z tą rubryką dopiero w numerze 10.

P.G.: Pomysł pisma zrodził się wiosną 2007 roku na spotkaniu zorganizowanym przez Andrzeja Strąka i Zdzisława Jaskułę. W samej Łodzi rozmawiano o tym już wcześniej, ale mnie przy tym nie było, ponieważ dopiero podczas spotkania w Poleskim Ośrodku Sztuki poznałem ludzi, z którymi środowiskowo jestem związany od ponad dziesięciu lat. O ile mnie pamięć nie zawodzi, redaktorem naczelnym miał zostać Konrad Ciok, ale z jakichś nieznanych mi powodów do tego nie doszło. Mnie koledzy nie przyjęli nawet do osobowego składu redakcji, ale że jestem dość uparty, złośliwy i konsekwentny, to wyciąłem im numer polegający na tym, że moje nazwisko jest w każdym numerze (śmiech). Nazwę kwartalnika i tematy programowe wymyślał redaktor naczelny Przemysław Owczarek, kawał dobrej roboty zrobili Agnieszka Kowalska-Owczarek, Rafał Gawin, Magda Nowicka i Michał Murowaniecki, robisz ty i wielu, wielu innych autorów, których prześwietne teksty ukazały się w „Arteriach”… Kiedy koledzy byli jeszcze młodzi, to im się chciało, mieli power. Teraz się zestarzeli, objęli tak zwane stanowiska, więc już im się nie chce. A starzeć się trzeba umieć.

R.R.: W „Anoreksji”, jak zresztą w całym zbiorze, widać zaczątki twojego dość mocno rozpoznawalnego stylu. Hostel jest jednak zdecydowanie bardziej oszczędny w środki wyrazu, niż następujące po nim tomy. To „rozpasanie frazy” przyszło naturalnie, czy od początku dusiłeś się w formach skromniejszych?

P.G.: Nie, od początku nie czułem w sobie żadnych szczególnych ograniczeń. Wydaje mi się, że począwszy od trzeciej książki, Demoludów, udało mi się szczęśliwie rozwinąć tę moją poetykę natręctw (śmiech). Ponadto uważam, że każdy przyzwoity poeta powinien, mimo wszystko, planować swoje pisanie, myśleć o nim w kategorii długofalowego projektu, zamiast bredzić o natchnieniu i iluminacji. Każdy przyzwoity poeta powinien, mimo wszystko, planować swoje pisanie, myśleć o nim w kategorii długofalowego projektu, zamiast bredzić o natchnieniu i iluminacji. Oczywiście, one gdzieś tam są, istnieją w tym już przeze mnie wspomnianym „czymś”. Ale powinny pozostać rodzajem tajemnicy, nie ekspiacji. Epatowanie tego rodzaju „wnętrznościami” jest po prostu śmieszne i kiczowate. Owszem, zarówno w Golemie, Śrubie Archimedesa i To bruku natrafisz na głębokie złogi metafizyki, a nawet gnozy, ale jest to przede wszystkim diagnoza dotycząca kondycji współczesnego człowieka i towarzyszącego mu świata; miejsca niejednoznacznego, okrutnego, w pewnym sensie przegranego, opresyjnego i dekadenckiego. Tylko ludzka wola jest w stanie mu się przeciwstawić, zmienić go na lepsze. Tu nie ma już czasu na jakieś gierki, trzeba bić na alarm. Jeśli poeta ma w ogóle jakiś obowiązek, to właśnie ten, by nie pokazywać wyłącznie własnego cierpienia, tylko cierpienie w ogóle, w szerszym  kontekście. A że ten bywa złożony, rozbudowany, polifoniczny i atonalny, to i jego zmetaforyzowana fraza (dla oddania tak zwanego drugiego, trzeciego i kolejnego dna) zaczyna się multiplikować w sensie semantycznym. To jest właśnie mój przypadek.

R.R.: Życzę ci w takim razie jeszcze wielu, równie udanych, multiplikowanych w sensie semantycznym fraz i do zobaczenia na innym szlaku komunikacyjnym, innych arteriach. Dziękuję za rozmowę.

P.G.: A co, jeśli „szlak komunikacyjny”, na który się powołujesz, okaże się rondem, a ściślej – angielskim skrzyżowaniem pierścieniowym (śmiech)? Poruszalibyśmy się na nim niby do przodu, ale tak naprawdę kręcili w kółko…

R.R.: Na pewno udałoby nam się takie skrzyżowanie po angielsku opuścić. Jak choćby teraz tę rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2018, s. 207-210]

Teraz czytasz:

Od literackiego idealisty do sceptycznego pragmatyka.

Szczegóły:

Zostaw komentarz...