Regulamin XXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina

czwartek, 17 maja 2018 | Komentarze: 0

  1. Organizatorami XXIV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Jacka Bierezina są Dom Literatury w Łodzi i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi.
  2. Honorowy Patronat nad konkursem sprawuje Prezydent Miasta Łodzi.
  3. W konkursie mogą wziąć udział poeci przed debiutem książkowym, którzy nadeślą organizatorom projekt swojego pierwszego zbioru wierszy, napisanego w języku polskim, skomponowanego jako artystyczna całość i opatrzonego tytułem.
  4. Prace konkursowe należy sporządzić w 4 egzemplarzach w postaci zbindowanych wydruków w formacie A4 (rozmiar czcionki 12, interlinia 1,5), a następnie przesłać do 14 września 2018 roku (decyduje data stempla pocztowego) na adres: Dom Literatury w Łodzi, ul. Roosevelta 17, 90–056 Łódź, z dopiskiem na kopercie: „Bierezin”.
  5. Organizatorzy proszą dodatkowo o równoległe przesłanie propozycji konkursowej pocztą elektroniczną na adres: bierezin@gmail.com, w postaci jednego zwartego pliku formatu doc lub rtf (z dopiskiem w temacie wiadomości: „Bierezin”).
  6. Prace konkursowe (w formie papierowej i elektronicznej) winny być opatrzone godłem słownym (inaczej: pseudonimem). Do przesyłki wysłanej zwykłą pocztą należy dołączyć oddzielną, zaklejoną kopertę, oznaczoną tym samym godłem i zawierającą dane autora: imię, nazwisko, adres, telefon i e-mail.
  7. Konkursowe tomy podlegać będą dwustopniowej ocenie: przez komisję kwalifikacyjną, która wyróżni wybrane pozycje nominacjami do nagrody głównej, oraz przez jury, które spośród tomów nominowanych wybierze zwycięzcę.
  8. Komisję kwalifikacyjną i jury powołują organizatorzy, a skład tych gremiów zostanie podany do wiadomości publicznej najwcześniej po upływie terminu nadsyłania prac konkursowych.
  9. Komisja kwalifikacyjna i jury oceniają nadesłane prace jako wypowiedzi tekstowe. Na ocenę nie mają wpływu elementy plastyczne i typograficzne wydruku, o ile nie stanowią części składowej poetyki tomu (jak choćby w przypadku tak zwanej poezji konkretnej).
  10. Nominacje (tylko tytuły tomów i godła) podane zostaną najpóźniej w listopadzie 2018 roku na stronach internetowych związanych z XII Festiwalem Puls Literatury i Domem Literatury w Łodzi. Nominowani do nagrody głównej zostaną bezpośrednio poinformowani.
  11. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w listopadzie lub grudniu 2018 roku podczas XII Festiwalu Puls Literatury w Łodzi.
  12. Nagrodą główną jest wydanie wskazanego przez jury debiutanckiego zbioru wierszy oraz gratyfikacje finansowe dla laureata i nominowanych. Organizatorzy zastrzegają sobie prawo do ostatecznych decyzji, jeśli chodzi o wybór wydawcy, redakcję i opracowanie graficzne zwycięskiego tomu wierszy.
  13. Organizatorzy nie zwracają nadesłanych na konkurs prac.
  14. Przystąpienie do udziału w konkursie jest równoznaczne z wyrażeniem zgody na przetwarzanie danych osobowych przez organizatorów, zgodnie z przepisami ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 roku o ochronie danych osobowych. Organizatorzy informują uczestników, że ich dane osobowe będą przetwarzane wyłącznie w związku z wykonaniem postanowień niniejszego regulaminu, w celu przeprowadzenia konkursu, promocji konkursu oraz informowania o konkursie.
  15. Wzięcie udziału w konkursie jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na regulaminowe warunki uczestnictwa.
  16. Wykładnia niniejszego regulaminu zależy od organizatorów. Wszelkie pytania kierować należy na adres: kontakt@dom-literatury.pl.

Słowo na niedzielę: Leopold Tyrmand

niedziela, 17 grudnia 2017 | Komentarze: 0

Z literaturą chyba skończę zupełnie, nie przyniosła mi niczego oprócz polskich złotych, czyli waluty nikczemnej, i mnóstwa rozczarowań. W związku z tym nie martwi mnie brak cugu pisania.

Sławomir Mrożek, Leopold Tyrmand, W emigracyjnym labiryncie. Listy 1965-1982, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Przedrzeć na pół tę sielankę

piątek, 8 grudnia 2017 | Komentarze: 0

W jednym z wywiadów po nominacji znakomitej Ucieczki z Elei do Nagrody Literackiej GDYNIA Maciej Woźniak przywołuje słowa prof. Piotra Śliwińskiego, przewodniczącego kapituły, który miał określić jego twórczość jako „łączenie prawdy artysty z prawdą człowieka”. Rozpoznanie to wydało mi się wówczas tak trafne, że po bodajże sześciu latach wciąż je pamiętam i z przyjemnością w tym miejscu przypominam.
Obywatelstwo podwójnego kraju, książka, z której pochodzi poniższy wiersz, jest kolejną odsłoną wirtuozerskiego — że posłużę się bliską autorowi muzyczną nomenklaturą — poetyckiego stylu, do którego poeta przyzwyczaił nas swoimi poprzednimi książkami. Woźniak konsekwentnie operuje paradoksami i robi to w sposób niezwykle wdzięczny, z humorem, dystansem i sporą dawką ironii. Jak w wierszu „Opowieści z krypty”, który niniejszym polecam Państwa lekturze.

Opowieści z krypty

Załóżmy, że naprawdę dmuchnęliśmy w niebieski
genomat i tych kilka promili powyżej kreski,
których nie wykazują szympansy czy inni rdzenni
kręgowcy, wystarczy, ażeby dostać imienny
kredytowy mandat, o który się upomni
światowy rejestr długów i jego komornik,
a każdy, komu dane tak skutecznie dmuchnąć,
temu dane też własne perspektywiczne truchło,
i odkąd niebo się szczerzy niezarośnietą blizną
zwaną przez świeckich późnym kapitalizmem,
to truchło motywuje do pracy na wyższy produkt
krajowy brutto i zmianę samochodu
oraz szkołę dla dzieci, gdzie płaci się wyższe czesne,
tak działają promile, hipotetycznie hipoteczne,
i żałobne grymasy na twarzach tych sekund,
które sobie konduktem wędrują w człowieku.

Robert Rutkowski: Obywatelstwo podwójnego kraju ukazało się w ubiegłym roku nakładem WBPiCAK w Poznaniu. Wydawnictwo przyzwyczaiło nas już do tego, że publikowane przez nie pozycje poetyckie posiadają zwykle dwie okładki. Nie inaczej jest i tym razem. Jedna z okładek jest niejako przedarta oddzielając od siebie dwóch widniejących na niej mężczyzn. Mając w pamięci wiersz tytułowy tomu i patrząc na tę okładkę nie mogę nie zapytać na wstępie naszej rozmowy o kontekst polityczny takiego doboru słów i obrazu…

Maciej Woźniak: Zauważ, że ci mężczyźni widnieją w sposób nader komunikatywny. Po pierwsze, są na rowerach, a sposób w jaki pozują do fotografii, świadczy o tym, że jest to przejażdżka wspólna. Po drugie, wygląd obu cyklistów każe nam przenieść się w czasie o ponad pół wieku, do mitycznego przedwojnia. I po trzecie, jeden wykonuje dyskretny gest przytrzymania (czy też wsparcia się na niej) rowerowej kierownicy drugiego. Mamy więc perspektywę dziejowo-społeczną. I raptem wkraczam ja — a właściwie Piotrek Zdanowicz, znakomity grafik WBPiCAK-u — by przedrzeć na pół tę sielankę. Słowo „znakomity’ nie jest tu komplementem, tylko chłodnym określeniem profesjonalizmu, który przejawił się skromnym umiarem, dzięki czemu akt „przedarcia” dokonał się w sposób — od strony technicznej, obróbkowo-komputerowej — wręcz banalnie prosty. I właśnie słowo „banalnie” wydaje mi się kluczem do kontekstu politycznego i okładki, i obłożonej nią książki. Otóż przedarcie — zdjęcia na okładce i tytułowego kraju — proponuję uznać za „banalne”, ponieważ niedawno zakończone 25 lat polskiego życia społeczno-politycznego (to jest takie z grubsza 25-lecie, bo zaczęło się w 1989 r., a skończyło mniej więcej dwa lata temu) było dosyć wyjątkowe na tle całej historii kraju nad Wisłą. Natomiast od dwóch lat oficjalnie, także na szczeblu dyplomatycznym, wracamy do zwyczajnej, banalnej (kto wie, może prawdziwej?) polskości. Przedartej, pod rozmaitymi względami, na pół. Oczywiście, przez te 25 lat to „przedarcie” cały czas było, konstytuowało ten kraj, lecz na tyle mocno przypudrowane, że po warstewce pudru można było całkiem śmiało kroczyć.

R.R.: Jednym z rzucających się w oczy motywów, począwszy od wiersza otwierającego tom przez kilka innych dalej, jest wykorzystanie w formie tytułu i poetyckiej klamry cytatów z klasyki polskiej muzyki rozrywkowej. Pojawiają się tu zespoły Maanam, Turbo, Lombard oraz Anna Jantar i Krystyna Prońko. Mnie, urodzonemu pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, nie sprawiło najmniejszego problemu rozszyfrowanie, do czego poszczególne frazy się odnoszą. Szczerze mówiąc poczułem się nawet lekko dotknięty, że puenta również jest wyróżniona w ten sam sposób co tytuł. Czemu zdecydowałeś się na taki zabieg? Uważasz, że dla młodszych czytelników mogłoby to być w innym, tradycyjnym zapisie nieczytelne?

M.W.: Chyba nie widzę tych fraz jako rozbitych na tytuł i puentę. Są po prostu otwarte. Jak ramiona, w które trafił mój tekst. Chciałem, żeby obydwa — to z góry wiersza i to z dołu — były jednakowo mocne. Na moje wyczucie każdy z pięciu rozrywkowych klasyków, którym składam moje skromne dziękczynne hołdy, nie jest płycej zakorzeniony w tzw. społecznej świadomości, niż, dajmy na to, utwory Mickiewicza czy Norwida (czyli: na pewno starsi czytelnicy łatwiej skojarzą od młodszych, ale nie wolno się tej tendencji zanadto podporządkowywać), więc wyróżnienie końcowego fragmentu odbyło się w afekcie, miało charakter emocjonalny, a nie uczytelniający. Co oczywiście nie zmienia faktu, że twoje odczytanie, tytułowo-puentowe, jest tak samo uprawnione. A zatem twoje poczucie bycia dotkniętym, rozczarowanym, jest uzasadnione. Znów emocja, której niestrudzonym źródłem pozostaje Maanam i Lombard. Ostatnie czego bym chciał, to jakieś miałkie sentymenty czy melancholie.

R.R.: Skoro już padło w naszej rozmowie słowo „klasyka”, czujesz się — jak bywasz często nazywany — neoklasycystą, czy może bardziej — użyjmy modnego ostatnio przedrostka — postklasycystą?

M.W.: Całkiem mi odpowiada ten „neoklasycysta” jako dyndająca przy mnie metka. Ba, pasuje mi tym bardziej, im mniej nim jestem. Gdybym próbował ogarnąć to, co próbuję uczynić z poetyckim językiem i tradycją, gdybym miał potrzebę szczerego wyznania czy autodiagnozy, kim się czuję, pewnie krążyłbym wokół terminu „surkonwencjonalizm”, ale nie próbuję i nie mam. Skoro ten, dość niefortunny, „neoklasycyzm” jakoś tam mnie osadza na współczesnej scenie literackiej, a fałszywe świadectwo nie jest przeciw mnie, to chyba nie warto mącić tej akurat klarowności. Jeżeli fake newsy, jak się ostatnio coraz częściej okazuje, są skuteczniejsze niż prawda, to czemuż włazić ze słoniem „czucia się” w skład medialnej porcelany? W czasach — że tak rozwinę zainicjowany przez ciebie wątek modnych przedrostków — postprawdy warto mieć także jej swoją własną cząstkę. Jako postprawdziwy postklasycysta czuję się świetnie, ach, jak wspaniale.

R.R.: Kiedy zastanawiałem się, który z wierszy wybrać do tego arteryjnego cyklu, długo wahałem się nad znakomitą „Odą do tabloidyzacji”. Wiersz ten, w moim przekonaniu, oddaje główny, powracający w wielu miejscach temat tomiku, a mianowicie komercjalizację świata, komercjalizację życia, że tak to górnolotnie ujmę. Widać to doskonale w takich wierszach, jak choćby „W sprawie naszej pogody”, „Oda na zmianę operatora” czy „Wysokojakościowe techniki sprzedaży…”. Czujesz się osaczony? Uwiera cię to? A może właśnie doskonale się w takiej rzeczywistości odnajdujesz, bo zderzanie jej z klasyczną formą wiersza uwidacznia w znakomity sposób kolejne pęknięcie, swego rodzaju kolejne „okładkowe” rozdarcie?

M.W.: No, trudną alternatywę mi fundujesz. Osaczenie i uwieranie kontra doskonałe odnajdywanie się. Chyba jednak podziękuję, bo jakieś tertium jednak widzę w tym daturze. Zresztą sam datur też do wzięcia. Kiedy widzę, że Patty Waters na grubym amerykańskim winylu z ESP-discu może mieć każdy na byle CD, to mnie ten fakt uwiera, ale kiedy za syropek na gorączkę dla Malwinki płacę głupie 20 złotych w aptece dwie ulice dalej, chociaż mieszkamy na zadupiastym przedmieściu, to się w takiej transakcji odnajduję doskonale. Zgódźmy się jednak, tak roboczo, na określenie „komercjalizacja”. Być może pewne cechy cywilizacji, nazwijmy ją, zachodniej są tejże komercjalizacji nieuchronnym i nieodwołalnym czynnikiem sprawczym. Być może jest to czynnik kryptoreligijny. Być może pewne poetyckie konwencje, które badam w swoich wierszach, mają podobnie rytualny czy liturgiczny charakter. Być może powodem, dla którego im czujemy się bardziej medialni, tym mniej żywi, jest pewna martwość — ta od Nietschego wzięta (co sugeruje np. tytuł wiersza o naszej pogodzie) — także z góry wpisana w reguły gry w cywilizację. Nie wiem tego. Więc napisałem o tym książkę.

R.R.: Bardzo dużo tych „być może”… Pisanie pomaga ci, w pewnym sensie, katalogować rzeczywistość czy po prostu otwierać ją na kolejne warianty? Po napisaniu książki już wiesz, czy nie wiesz jeszcze bardziej?

M.W.: Ach, wiedza… Ta straszna forma władzy. I kontroli. Zwłaszcza kontroli jakości… A już bez żartów — na twoje pytanie odpowiedziałem, zanim je zadałeś. Wierszem „Klenie” z tej samej książki, co inne teksty, o których tu mówimy. Końcówka „Kleni” idzie — nieco zbyt aforystycznie i pewnie zbyt życzeniowo — tak: „I niech nie będzie już żadnej wiedzy między nami”. Nie chodzi, rzecz jasna, o żaden powrót do „przedtem”, o redeflorację do stanu przedświadomości, raczej o próbę pójścia dalej niż ta wiedza, do której nas się szkoli czy tresuje. U Ashbery’ego, niech mu niebo lekkim będzie, ten efekt szkolenia jest referowany jakoś tak (podaję za przekładem Sommera, który mi się kołacze w pamięci), że przyszłość jest widmem, a przeszłość automatycznym manekinem. Okropne rzeczy… Tak czy owak, chodzi o inne, by tak rzec, bufory. Między mną a resztą. Między teraz a kiedy indziej. Michał Sobol, w książce nagrodzonej tegoroczną GDYNIĄ, dał ładny wiersz „Orzechy włoskie” (który Heidegger mógłby skomentować esejem „Czas światodeptania”, bo chodzi się u Sobola na boso, z czego wyłania się swoisty dotykowy „stopoobraz”, wydruk nowej wiedzy o starym kawałku ogródka pod drzewem). Zresztą, moim „Kleniom” Wisła dopisała tego lata inną puentę: na arcyfachowo ugotowany groch złapałem takiego dwuipółkilogramowego, grubego jak udo. Ale, po pierwsze, trzeba było zarzucić nie tam, gdzie nakazywało szkiełko i oko, wyposażyć się w bystre narzędzia, a potem zdać się na ślepy los, po drugie zaś poczekać kilka lat, aż Wisła wróci, łaskawie przetoczy cielsko nurtu znów trochę bliżej mojego brzegu. Może zakończmy więc ten wątek pochwałą po adresem wiedzy, uderzywszy ponownie w zarozumiale aforystyczny ton: dobrze jest umieć fachowo ugotować groch, a potem — niech się dzieje co chce.

R.R.: Pozornie nieco lżejszy wiersz, na który się ostatecznie zdecydowałem, „Opowieści z krypty”, podobnie jak kilka innych w tomiku, również gra intertekstualizmem. Dokładnie taki sam tytuł nosił emitowany w latach 1989-96 amerykański serial telewizyjny z pogranicza horroru i czarnej komedii. Tak właśnie patrzysz na życie — trochę śmieszno, trochę straszno? I od razu drugie pytanie, nieco bardziej serio. Nie da się dziś, według ciebie, w poezji podjąć poważnego tematu bez podszczypywania czytelnika ironią?

M.W.: W zamierzeniu wiersz miał być lżejszy zupełnie nie pozornie. I całkiem serio do uśmiechu. Pisałem go na zasadzie: rym wieje kędy chce, czyli podporządkowując tok skojarzeń i dalszy rozwój poetyckiej akcji rymującym się słowom na końcu kolejnych wersów. Początek, ten z szympansami i genomatem, zainspirowała zasłyszana anegdota o europejskim poecie podrywającym poetkę afrykańską gdzieś na festiwalu w Anglii, potem ten postkolonialny wątek przepadł, bo wiersz skręcił gdzieś całkiem indziej niż chciałem, ale niepokój moralny udało się zachować do końca. I tu zgłaszam istotne zastrzeżenie: jeżeli nawet odzywam się w wierszach ironicznym tonem, to na pewno bez podszczypywania (za dużo zewsząd podszczypywania powagą, żeby do tego samego używać ironii). Ironia to poważne narzędzie. Umysłu, czy też, jak to ujął Rorty, świadomości (np. że używamy języka, a nie od razu lecimy z łapami do istoty rzeczy). Dlatego cieszę się, że z faktu, iż sięgam tytułem do horroryczno-komediowego serialu, a pisząc wiersz raczej się śmiałem niż wzdychałem, ty też wyciągasz wnioski poważne. Które już przeczuwam w następnym pytaniu.

R.R.: W „Opowieściach z krypty” również pierwsze skrzypce gra wspomniana już komercjalizacja. Dostając w darze „tych kilka promili powyżej kreski” sprowadzamy swoje życie do ciągłej pogoni za dobrami materialnymi, przez co wielu wartościowych zjawisk najzwyczajniej nie zauważamy. Podczas lektury tego wiersza przypomniała mi się jedna z moich wizyt w przedszkolu u młodszej córki przy okazji jakiegoś przedstawienia. Większość rodziców zamiast oglądać występy swoich dzieci na żywo, oglądało je przez ekrany smartfonów podczas nagrywania… To były dla mnie trochę te „żałobne grymasy na twarzach sekund…”. Przesadzam?

M.W.: Bardzo celnie spostrzeżone. Te sekundy, które dopiero w smartfonach dostają status żałobników. Jak powiada przedwojenna piosenka, „szczęście trzeba rwać jak świeże wiśnie”, ale nie od razu peklować w słoikach, tylko zjadać i pluć pestkami. Żeby nic nie zostało na potem. Mnie z kolei boleśnie uderza całoroczna dostępność wszelkich owoców. Owocuje ona tym, że większość tych owoców w ogóle nie smakuje sobą (czytałem ostatnio, co się wyprawia z jabłkami, żeby wszystkie były jednakowo atrakcyjne dla oka). Tu oczywiście wyłazi ze mnie homo sovieticus, który addio pomidory nucił i sznurki pod zielony groszek w ogródku rozciągał, ale co zrobić, papierówka przed domem, rodząca co drugi rok, to była moja alma mater. Minęło ćwierć wieku i teraz nigdy się nie wkurzam, jak laptop wolno odpala, a jak mecz się tnie, to spokojnie jadę do knajpy, gdzie mają wykupiony Canal plus i oglądam w cenie jednego piwa. Czyli jednak komercja. Bo tak mi się zdaje, że wszystko to dobra materialne, nawet i dusza, ten — że tak polecę katechizmem — duch rozumny i wolny, który nasze ciało ożywia i w nim działa, tyle że bardzo różnie można z nich korzystać. No bo z drugiej strony, „zło materialne” to by brzmiało trochę nazbyt gnostycko.

R.R.: Przy okazji wątku postkolonialnego wspomniałeś, że wiersz poszedł w inną stronę niż chciałeś. Często ci się to zdarza? Kiedy siadasz do pisania częściej doskonale wiesz, co chcesz przelać na papier, czy improwizujesz i dajesz się prowadzić słowom, jak w „Opowieściach z krypty”?

M.W.: Kiedy doskonale wiem, co chcę napisać, natychmiast siadam i piszę. Hasło do jolki albo odpowiedź na mail. Broń Boże, wiersz. Improwizacja to też brzmi nieco zbyt zarozumialczo. Gdzieś tam wcześniej mówiłem o Wiśle łaskawie przetaczającej cielsko nurtu w moją stronę… To chyba jakoś tak. Kiedy czytam, że ten czy ów autor dokładnie wie, co i jak chciał napisać, to znowu zaczynam myśleć o wiedzy jako o starej karoserii. Można jeździć, dajmy na to, składanym oplem (wtedy pewnie wypadałoby westchnąć: wiedza jest karoserią z Niemiec niebieskie ma oko), ale może lepiej samemu coś sobie spawać w garażu (po cichutku licząc, że trafi się nam — jak wujkowi Gromille — silnik z Ferrari 410). A wracając do pytania, wychodzi na to, że w ogóle nie zdarza mi się, jak to ująłeś, siadać do pisania. Ale zdarza się, że pisanie siada do mnie.

R.R.: I takich właśnie zdarzeń ci życzę czekając na twój kolejny zbiór wierszy. Dziękuję za rozmowę.

[prwdr.: „Arterie”, nr 1/2017, s. 248-253]